logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 10570
Na terenie sołectwa Ropuchy w gminie Pelplin za niespełna dwa lata ma powstać innowacyjny zakład utylizacji odpadów poubojowych. O sprawie zrobiło się głośno przed czterema miesiącami, kiedy inwestycja warta ponad 100 milionów złotych uzyskała 75-procentowe dofinansowanie z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Beneficjentem jest pelplińska spółka Michna. Producent z branży przetwórstwa mięsa może liczyć na przychylność samorządu – trwa proces zmiany planu zagospodarowania przestrzennego dla sołectwa Ropuchy (chodzi o odrolnienie gruntów). Inwestycja budzi jednak niepokój mieszkańców. „Codziennością stanie się smród z procesów rozpadu tkanek zwierzęcych (…) ponadto wystąpi groźba plagi szczurów i dzikich psów zwabionych wonią padliny, a także przedostawania się płynów z rozkładu odpadów zwierzęcych do wód gruntowych - to realne zagrożenia, których chcemy uniknąć, na które się nie godzimy (…) Apelujemy do Rady Miasta i Gminy Pelplin, by rozwój gospodarczy naszej gminy wiązał się zawsze z dbałością o zdrowie ludzi i przyszłych pokoleń, o godne warunki do życia z pełnym poszanowaniem środowiska naturalnego” – czytamy w petycji, pod którą podpisało się ponad dwieście osób. Sołtys Radosław Szulist podkreśla, że o planach budowy spalarni Ropuchy dowiedziały się z internetu. Inwestycją pochwalił się na swojej stronie Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska. – Nie ujawniałem wcześniej swoich zamiarów, bo nie byłem pewien, czy otrzymam dofinansowanie – odpowiada Janusz Michna, zapewniając, że od początku w jego planach była debata społeczna. Inwestor spotkał się dziś z mieszkańcami gminy w Miejskim Ośrodku Kultury. – Będzie to najnowocześniejszy zakład utylizacji odpadów poubojowych w Polsce i jeden z dwóch takich w Europie. Mieszkańcy nie muszą się obawiać zagrożenia dla wód gruntowych, fetoru czy much w domach. Cały proces produkcji będzie hermetyczny. Nic nie przedostanie się do atmosfery, a nieprzyjemne zapachy będą spalane w piecach ceramicznych w temperaturze 950 stopni Celsjusza – zapewnia Janusz Michna. Tuż obok zakładu przetwarzającego odpady poubojowe na mączkę wysokobiałkową ma powstać oczyszczalnia, za sprawą której 95 procent zużytej wody będzie trafiać z powrotem do procesu produkcji. Według Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, pod Pelplinem powstanie „zakład utylizacyjno-produkcyjny o zminimalizowanym zapotrzebowaniu na energię elektryczną, wodę i gaz, „co będzie możliwe poprzez wykorzystanie innowacyjnej technologii niskotemperaturowego renderingu. Głównym celem jest zastosowanie innowacyjnych linii przetwarzania odpadów przemysłu przetwórstwa mięsnego, które dzięki wykorzystaniu technologii niskotemperaturowej (LTWR), technologii produkcji biogazu oraz technologii spalania odorów, pozwolą na uzyskanie mączek mięsno-kostnych, kostnych, z piór drobiowych oraz z krwi o podwyższonej zawartości białka i czystych tłuszczy pochodzenia zwierzęcego, z jednoczesną minimalizacją oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko naturalne”. 9.02.2018 / fot. Krzysztof Mania / KFP
Pełna Łaźnia świętowała w czwartkowy wieczór powrót Pawła „Koñja” Konnaka do społeczeństwa. Twórca niezmiennie wciągający swoich fanów wielobarwnością nie wrócił z pustymi rękoma. – Ten lot w kosmosie trochę trwał – chyba dobre dwa lata – ale jak widać, niezależnie od zmieniających się okoliczności „Koñjo” zawsze pozostaje człowiekiem bardzo pracowitym. Książkę musiał napisać. A teraz nawet ukazała się drukiem. Brawa dla Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, która pilotowała ten projekt i doprowadziła do szczęśliwego finału – wprowadzał gości Łaźni na Jaskółczej w alternatywny świat „Koñja” Krzysztof Skiba. „Explozja zlewu vol. 2” to już szósta część długiej i sporo ważącej opowieści o sarmackim under- i overgroundzie artystycznym. Skiba i Konnak zaczęli ją do spółki z Jarkiem Janiszewskim blisko 10 lat temu od „Artystów. Wariatów. Anarchistów”, czyli gdańskiej alternatywy lat 80. Później była „Gangrena”, po niej „Karnawał profuzji”, w 2014 roku – „Księgowy tańczy”, a w kolejnym – „Explozja zlewu vol.” . W czwartek „zlew” eksplodował po raz drugi. – Wszystkie te książki cechuje niesamowite wydanie. I ciężko się to czyta... To znaczy czyta się lekko, ale książka jest ciężka. W tramwaju wzbudza popłoch. Niektórzy dorobili się od obcowania z twórczością „Koñja” skrzywienia kręgosłupa. Waga tej książki tkwi jednak nie w wadze, tylko w tym, co ona zawiera. To jest coś w rodzaju happeningu złożonego z co najmniej kilku niesamowitych warstw. Pierwsza sprawa to język. „Koñjo” przy pierwszych książkach skutecznie wykończył kilka korektorek. Dostawały zawału, kiedy miały go poprawiać. On jest po prostu wartością samą w sobie. Świetnie się go czyta. Oczywiście trzeba się dobrze orientować w popkulturze, żeby mieć radość z czytania tej książki – mówi Krzysztof Skiba. Autor opisuje ostatnią dekadę polskiej kultury popularnej, a ponieważ działa na wielu poziomach i ma kontakty w wielu światach, na ponad 500 kartach jego „Explozji zlewu vol.2” spotykają się postaci tak kontrastowe jak Michał Wiśniewski i jego Ich Troje, Robert Brylewski i jego Izrael czy też topowi celebryci, którzy w labiryntach historii mijają się z legendarnymi fighterami niegdysiejszej nowej ekspresji. Wiadomo, świat „Koñja” musi być stubarwną planetą. Przejawy twórcze generują na niej zarówno ikony podziemia Dezerter i Tymon Tymański czy wręcz artyści, o których nikt nie wie (oprócz mnie – przyp „Koñja”), jak i harcownicy disco polo Boys i Akcent. Kosmos ten przedstawiony jest w afirmatywnym rytmie życiowego przesłania autora: „Wszystko jest warte, wszystko jest piękne, wszyscy jesteśmy doskonali!”. Książkę można nabyć za pośrednictwem strony internetowej laznia.pl. – To nie jest hermetyczna literatura. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Z jednej strony będą to moje najbardziej wysublimowane akcje w alternatywie, z drugiej – tasiemcowe trasy koncertowe z gwiazdami estrady. A zlew to strumień świadomości, odblokowanie, tworzenie nowych światów za pomocą zakręconych konstrukcji mentalnych, werbalnych i każdych innych. Z tego koszyczka można wyjąć cukiereczek, który nam pasuje, albo można zjeść wszystkie cukiereczki, co ja właśnie robię. Nie ukrywam, że trochę inaczej miało to wyglądać. Pierwsza część „Explozji zlewu” polega na tym, że pół książki to opowieść o moich aktywnościach w świecie artowym, a drugie 250 stron to twarde archiwum podziemia, po raz pierwszy w takiej formie i w takim nakładzie ujawnione. Tu miało być podobnie. Niestety dobra zamiana spowodowała, że z Narodowego Centrum Kultury wyrzucono mojego dotychczasowego wydawcę. Musiałem podjąć decyzję, czy kontynuować ujawnianie liczącego jeszcze setki stron archiwum, które mam u siebie w domu, czy skupić się na opisie swoich tańców w świecie artystycznym. Podjąłem decyzję, że jednak skupię się na sobie. Archiwum, które zacząłem pokazywać w części pierwszej, trzeba będzie przeznaczyć na trzecią część Explozji. Mam nadzieję, że kiedyś dobra zmiana się skończy i w końcu i znowu będzie nam dane nasze archiwum ujawniać. Patrzę w przyszłość z optymizmem – mówi Paweł Konnak. 8.02.2018 / fot. Maciej Kosycarz / KFP
Łukasz Federkiewicz – Kortez, wyedukowany pianista i puzonista z zacięciem do muzyki klasycznej, obdarzony wyjątkowym, głębokim i lekko szorstkim głosem. Przez długi czas był artystą nieznanym – grał tylko dla siebie i przyjaciół. W grudniu 2013 wystartował w rzeszowskim precastingu do programu „Must Be the Music. Tylko muzyka”, ale nie przeszedł go, otrzymując dwukrotnie „tak” i dwa razy „nie” od jury. To wtedy wypatrzył go szef Jazzboya Paweł Jóźwicki. Za debiutancki album „Bumerang” wydany przez warszawską wytwórnię we wrześniu 2015 roku Kortez otrzymał Fryderyka. 3 listopada 2017 nakładem Jazzboy Records ukazał się jego drugi album – „Mój dom”. Po dwóch tygodniach osiągnął status złotej płyty. Singiel „Dobry moment” dotarł na szczyty list przebojów (m.in. radiowej Trójki), a na YouTube teledysk do tego utworu ma już prawie 5 mln odsłon. W czwartkowy wieczór słuchacze Radia Gdańsk mogli posłuchać go na żywo. Kortez Trio zagrało w Studiu Koncertowym im. Janusza Hajduna najlepsze kawałki z „Bumeranga” i „Mojego domu”. 8.02.2018 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Jutro tłusty czwartek. Mówi się, że kto w święto łasuchów nie skonsumuje ani jednego pączka, temu nie będzie się wiodło w życiu. Co więcej, w tłusty czwartek pączki nie idą w boczki. Statyczny Polak zjada więc tego dnia dwa ciastka. Królują wciąż te z nadzieniem różanym, choć najnowsze czasy przyniosły nam całą gamę pączkowych smaków. Cukiernia Paradowski działająca przy ul. Wajdeloty w Gdańsku od 1945 roku zaprasza jutro od godziny szóstej na pączki z nadzieniami aż w jedenastu smakach. – Najwięcej będzie ciastek z marmoladą wieloowocową. Róża oczywiście też będzie – to znaczy marmolada przygotowywana z płatków róż, a nie aromat różany. Nasze pączki są robione metodą naturalną – bez sztuczności – pewnie dlatego tak często jesteśmy doceniani w konkursach cukierniczych. Zapraszamy jutro także na ciastka z powidłami śliwkowymi, adwokatem, czekoladą, wiśnią, jabłkiem, toffi i twarogiem – zachęca Andrzej Paradowski, właściciel jednej z najstarszych gdańskich cukierni, kontynuator tradycji rodzinnych. Zaczynał u ojca jako uczeń, potem był czeladnikiem, mistrzem i współwłaścicielem, a od około 1990 roku prowadzi cukiernię we Wrzeszczu Dolnym samodzielnie. Przygotowania do tłustego czwartku zaczynają się tu zwyczajowo w poniedziałek. Zaopatrzenie, organizacja pracy, zamówienia, transport – to trwa kilka dni. Firmy zamawiają na Wajdeloty po kilkadziesiąt pączków, a niektóre nawet po kilkaset. Pierwsze ciasto przygotowywane jest w środę późnym wieczorem, żeby smażenie mogło się zacząć około północy. Sprzedaż oficjalnie rusza o szóstej, choć pierwsi klienci spróbują pewnie tradycyjnych specjałów Pardowskiego jeszcze wcześniej. – Mamy klientów, którzy zachodzą do nas od początku istnienia cukierni. Jeden z mieszkańców Wrzeszcza Dolnego, ilekroć nas odwiedza, za każdym razem z dumą podkreśla, że jest w tym gronie najstarszy. Ma 94 lata – dodaje Andrzej Paradowski.
Czwarte, a nawet już piąte pokolenie gdańszczan cieszy się smakiem pączków z Cukierni W-Z prowadzonej na ul. Słodowników w Śródmieściu przez Daniela Krzoska. Niektórzy przychodzą z praprawnukami. Słynąca z ciasta drożdżowego „Wuzetka” to już nie jeden, lecz pięć sklepów (także na Chełmie, Stogach, Przeróbce i Przymorzu), do których w czwartek trafi kilkadziesiąt tysięcy pączków z dżemem wieloowocowym tudzież z adwokatem. Część nocnej produkcji pojedzie firmowym transportem prosto do odbiorców. Największe zamówienia to około 1500 ciastek. Receptura tutejszych wyrobów nie zmienia się od 60 lat. – Pączek musi być z mleka, żółtek, drożdży, mąki i cukru. Innych nie robimy – mówi Daniel Krzosek. W zeszłym roku do pracy przy tłustoczwartkowej produkcji właściciel „Wuzetki” przyszedł w środę o ósmej, a kończył dzieło następnego o siedemnastej. – Ten rok jest trochę dziwny, bo ubyły nam tym razem zamówienia ze szkół – dzieciaki wyjechały na ferie – a mimo to pączkowe szaleństwo już trwa. Okazuje się, że mamy tłustą środę. Klienci boją się jutrzejszych kolejek, kupują pączki dzisiaj, a do tego zapowiadają, że wrócą jeszcze do nas wieczorem po gorące ciastka. Płynnie więc przejdziemy od tłustej środy do tłustego czwartku – mówi szef „Wuzetki”. Wrócą wrócą, bo kto w tłusty czwartek nie zje pączków kopy, temu myszy zniszczą pole i będzie miał pustki w stodole. Cukiernicy też mają swoje przesądy. Dla nich ważne jest, żeby na początku tłustoczwartkowej kolejki stał mężczyzna. Podobno jest to okoliczność zwiastująca powodzenie w interesach, a do tego zapowiedź dobrego dnia. – Chłop przynosi szczęście... chociaż pierwsza może być też kobieta, ale musi pracować w handlu – dodaje Daniel Krzosek. 7.02.2018 / fot. KFP
Od początku tygodnia w Gdańsku panuje zimowa aura. Zapowiadaliśmy w poniedziałek białą, słoneczną środę... I jest. Na górce w Parku Nadmorskim im. Ronalda Reagana miłośnicy saneczkowych zjazdów wreszcie poczuli atmosferę prawdziwych ferii. Jutro pogoda też będzie sprzyjać aktywności na świeżym powietrzu. 7.02.2018 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Łysa Góra w Sopocie. Zimowa pogoda sprzyja narciarskim szusom i saneczkowym zjazdom sopockiej Gubałówce. 6.02.2018 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Wszystko wskazuje na to, że 22 lutego gdańscy radni przyjmą tzw. uchwałę krajobrazową. Na polu walki z chaosem wizualnym w mieście nie było dotąd groźniejszej broni. W ogóle nie było skutecznego narzędzia. Wynik głosowania jest przesądzony – klub radnych PO zarządził w tej kwestii dyscyplinę. Mieszkańcy chcą tej uchwały. Wyniki konsultacji społecznych potwierdził sondaż przeprowadzony niedawno przez „Gazetę Wyborczą”. Za oczyszczeniem miasta ze szpecących reklam opowiada się blisko 80 proc. gdańszczan. Przeciwko wprowadzeniu kodeksu krajobrazowego była, jest i do końca będzie cała branża reklamowa. Znawcy przedmiotu nie mają wątpliwości, że po opublikowaniu nowego prawa w Dzienniku Urzędowym Województwa Pomorskiego posypią się skargi do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Tak jest w każdym polskim mieście, które zabiega o poprawę swojego wyglądu. Niewiadomą pozostaje, czy z prawa uchylenia uchwały (w całości lub części) tudzież jej zaskarżenia zechce skorzystać wojewoda Dariusz Drelich, który nie tak dawno wyręczył gdańskich radnych, zmieniając nazwę ulicy Dąbrowszczaków na Lecha Kaczyńskiego, choć większość mieszkańców sobie tego nie życzyła. Przestrzeni dla decyzji politycznych w sprawie reklamowej szpetoty aż tyle nie ma, bo to nie jest sprawa jednej czy siedmiu ulic w mieście.
Uchwała narusza interesy branży, która dotychczas naruszała interesy zdecydowanej większości społeczeństwa, bo nie były one chronione. Ale też uchwałę może zaskarżyć po jej opublikowaniu każdy, czyje interesy ona narusza. Może to być osoba fizyczna, która ma reklamę na swojej działce, albo chciałaby mieć. Co wtedy? Uchwalone prawo działa do czasu prawomocnego uchylenia. Przykładem Łódź, gdzie w połowie ubiegłego roku wojewoda Zbigniew Rau zaskarżył przyjętą przez radnych uchwałę do WSA. Sąd podzielił wątpliwości wojewody i zdecydował o uchyleniu nowego prawa w całości. Miasto odwołało się od tej decyzji do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Dopóki NSA nie rozstrzygnie sprawy na niekorzyść samorządu, dopóty uchwała działa.
W dużych miastach wszystkie dotychczas przyjęte przez rady uchwały zostały uchylone. Wyjątkiem jest Nowy Sącz, gdzie kodeks krajobrazowy pojawił się niedawno i nie został jeszcze zaskarżony. Wojewoda uchwałę opublikował, mimo że jest bardzo ogólna. W Ciechanowie część przepisów została uchylona przez wojewodę w trybie nadzorczym. Później była Łódź, a po niej Opole. Tam także nowo wprowadzone przepisy uchylił w całości WSA. Rozstrzygnięcia te miały istotny wpływ na prace nad gdańską uchwałą. To musiało trwać dłużej, aniżeli można było zakładać we wrześniu 2015 roku, kiedy wszystko się zaczynało. Kluczowe było dochowanie maksymalnej staranności. Gdańsk wziął pod uwagę wszystkie dotychczasowe rozstrzygnięcia sądów i orzeczenia wojewodów. Wyroki w Łodzi i innych miastach są dla nas raczej optymistyczne, ponieważ podstawą uchylenia uchwał przez sądy administracyjne były kwestie formalne i techniczne. Jeśli idzie o fundamentalne zarzuty branży reklamowej, na czele z niekonstytucyjnością i naruszaniem praw nabytych, sądy w Łodzi i Opolu oddaliły je, wskazując, że uchwały nie przekroczyły delegacji ustawowej. Ustawa wręcz zobowiązuje samorządy do wprowadzenia okresów dostosowawczych. Najcięższe zarzuty, które mogłyby skutkować dla gminy roszczeniami odszkodowawczymi, są oddalane.
Porządkowanie chaosu wizualnego oznacza, że reklam w przestrzeni miejskiej będzie mniej. Nie od razu się to zmieni. Według projektu upublicznionego w październiku ubiegłego roku, na dostosowanie nośników i urządzeń reklamowych do nowych przepisów właściciele będą mieli od roku do dwóch lat. Więcej nie będzie. Wielkoformatowe billboardy znikną ze stref najbardziej chronionych. Projekt uchwały dopuszcza w nich jedynie słupy ogłoszeniowo-reklamowe (niepodświetlone) oraz reklamę remontowo-budowlaną podczas prowadzenia prac na rusztowaniach, ale tylko na określony czas i na powierzchni ograniczonej do 30 procent. Reklamy znikną z fasad budynków – pojawią się tylko na elewacjach bez okien i ścianach szczytowych. Duże tablice reklamowe o powierzchni powyżej 18 mkw. (wszędzie tam, gdzie nowe prawo dopuszcza ich lokowanie) nie będą rozmieszczone gęściej niż co 100 metrów. Uchwała wprowadza też minimalną odległość od skrzyżowań, pomników i cmentarzy – 50 metrów. To jest liczone od ostatniego punktu skrzyżowania, czyli sygnalizatora czy też przejścia dla pieszych. Autorzy projektu uchwały proponowali także, żeby na niektórych ulicach ta odległość wynosiła nawet 70 metrów, ale pod wpływem uwag i konsultacji z kancelarią prawną zrezygnowali z tego różnicowania. Ustawa dopuszcza różnicowanie między strefami, ale nie dopuszcza takiej możliwości wewnątrz stref. Dziś większość reklam stoi w bliższej odległości, więc 50 metrów to i tak jest dużo. Nowe prawo lokalne wprowadza ustandaryzowane formaty reklam wolno stojących, które mogą być umieszczane w przestrzeni miejskiej. Precyzyjnie określone zostały standardy jakościowe, materiały, kolorystyka obudów i elementów konstrukcyjnych. Fundamenty reklam muszą być schowane w gruncie. Te wszystkie odsłonięte betonowe klocki znikną nam z oczu. Istotną zmianą jest także zakaz stosowania migającej reklamy ledowej, z wyjątkiem małych podświetlonych tablic – tzw. citylightów, których notabene w Gdańsku jeszcze nie ma. Ledy rozpraszają i oślepiają.
Kiedy uchwała zacznie obowiązywać, zmieni się jeszcze jedno: drastycznie wzrosną kary za nielegalne nośniki. Dziś są one nieadekwatnie niskie w porównaniu do przychodów z reklam bezprawnie umieszczanych w przestrzeni miejskiej. To dlatego podejmowane przez miasta próby porządkowania świata reklam napotykają na tak zdecydowany opór lokalnych przedsiębiorców. Kary wynikają z przepisów Ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, do której tzw. ustawa krajobrazowa z kwietnia 2015 roku wprowadziła sankcje za naruszenie przepisów przyszłych uchwał krajobrazowych. Stawki powiązane są z opłatami reklamowymi, a kary nalicza się za każdy dzień. Bezprawne umieszczenie billboardu na elewacji budynku oznaczać będzie dla właściciela takiej tablicy stratę nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Przepisy ustawy mówią, że kara za nielegalną reklamę stanowi 40-krotność opłaty reklamowej. Jeżeli gmina nie uchwali takich opłat (Gdańsk na razie nie podjął tematu), to obowiązywać będzie kara w wysokości 40-krotnej maksymalnej stawki przewidzianej w ustawie – najbardziej restrykcyjna z możliwych. 5.02.2018 / fot. KFP
Daniel Obajtek zastąpił na stanowisku prezesa PKN Orlen Wojciecha Jasińskiego. Tym samym Obajtek zrezygnował z dotychczas pełnionego stanowiska prezesa zarządu Energa S.A., które sprawował od lutego 2017 roku. 7.02.2018 / fot. KFP
Nilsa Pettera Molværa publiczności Festiwalu Jazz Jantar przedstawiać właściwie nie trzeba. Od głośnego koncertu z 2001 roku artysta gościł w progach klubu Żak kilkukrotnie i tradycją niemalże stało się, iż wraca do Gdańska z każdym kolejnym autorskim materiałem. Podczas Jazz Jantar artysta zaprezentował materiał z najnowszej płyty Buoyancy. 05.02.2018 fot. Anna Rezulak / KFP
Zima przypomniała sobie po tygodniu, że ferie na Pomorzu zaczynają się w poniedziałek... Lepiej późno niż w przyszłym roku. Śnieg w Trójmieście pada z przerwami od rana. Wtorek i środa też mają być u nas białe. Kilkustopniowy mróz będzie się utrzymywać na Pomorzu do końca tygodnia. Nie zabraknie słońca. Temperatura nieco wzrośnie po powrocie do szkoły. 5.02.2018 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
  • aktualnych propozycji: 10570
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2018 KFP