logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 10570
Kto nie był, może żałować. A kto żałował, że nie było zapowiadanej na plakatach Haliny Frąckowiak, powinien zdobyć się na współczucie. Gwiazda robiła wszystko, żeby nie zawieść publiczności II Koncertu Charytatywnego Przemek Dzieciom, ale z wirusem nie udało jej się wygrać. W piątek późnym wieczorem wolontariuszka akcji charytatywnej „Serca Gwiazd” wywiesiła białą flagę. – Telefon zadzwonił o 22. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że słyszę w słuchawce głos Daniela Olbrychskiego. Brzmiał jak chrypa naszego Kmicica. Choroba zatrzymała panią Halinę w Warszawie. Oboje bardzo żałowaliśmy – mówi Przemek Szaliński, organizator koncertu na rzecz potrzebujących dzieciaków z Trójmiasta. Dla podopiecznych jego fundacji przed ponad 300-osobową publicznością zgromadzoną w Sali Teatralnej NOT wystąpili Katarzyna Jamróz, Małgorzata Zajączkowska, Bieryt/Ruciński, Jary Oddział Zamknięty i Wojciech Solarz. Niedzielny koncert poprowadzili Zygmunt Chajzer i Roman Czejarek. Licytacją pamiątek przekazanych na rzecz potrzebujących przez wspaniałomyślnych artystów rządził Krzysztof Skiba. Pod młotek poszły m.in. obraz Franciszka Pieczki z autografem, Oddziałowa koszulka Krzysztofa Jaryczewskiego, biografia Anny Dymnej oraz złoty kombinezon, w którym podczas gali na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni paradowała Małgorzata Zajączkowska. Kreacja znowu sprawdziła się nad morzem. 4.02.2018 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Alicja Serowik swoimi jazzowymi Kurpiami czarowała Salę Suwnicową gdańskiego Żaka już kilkakrotnie (dziś też będzie – z najnowszym albumem „DO ŚË SÅJD”), skrzypaczka Dominika Rusinowska gościła tu przed dwoma laty, a wokalistka Sabina Meck w tym roku debiutuje na Festiwalu Jazz Jantar. Wszystkie przekonują słuchaczy, że w rodzimej kobiecej muzyce dzieje się dużo, i dzieje się dobrze. Babskim Graniem Klub Żak zainaugurował w sobotni wieczór serię koncertów wpisujących się w tradycje najstarszego na Wybrzeżu i jednego z najstarszych w Polsce festiwali jazzowych.
Soundmeck złożony przez Sabinę Meck i jej kolegów z katowickiego Instytutu Jazzu Akademii Muzycznej zaprezentował w Gdańsku utwory z albumu „Eruption” wydanego przed niespełna rokiem przez Agencję Muzyczną Polskiego Radia. Meck eksperymentuje tu z wysokim rejestrem głosu prowadzonego dźwiękami trąbki. Jej „Eruption” porównywany jest prze znawców gatunku do stylu znamienitej Esperanzy Spalding. – Szczególną rolę pełni tu duet głosu i trąbki, jako instrumentów wiodących. W połączeniu z ekspresyjną warstwą partii gitary, jedynego instrumentu harmonicznego w tym składzie, a także kontrabasu i perkusji, stanowiących oparcie rytmiczne, powstaje wyobrażona barwa dźwiękowa. Pisząc tę muzykę, chciałam, aby każdy z instrumentalistów miał w niej miejsce dla siebie. Pragnęłam uwzględnić temperament artystyczny i sposób kreowania każdego z wykonawców. Każda z kompozycji jest prawdziwym przekazem tego, co odczuwałam i co chciałam powiedzieć o sobie – mówi o swojej najnowszej płycie liderka Soundmeck.
Charyzmatyczną skrzypaczkę Dominikę Rusinowską miłośnicy Babskiego Grania mieli okazję poznać „na żywo” w 2016 roku. Absolwentce wydziału Jazz i Muzyka Estradowa Akademii Muzycznej w Katowicach towarzyszyli wówczas na gdańskiej scenie trzej panowie (D.R.A.G.), a specjalnością katowicko-krakowskiego kwartetu był jazz tradycyjny z wariacjami na tematy ludowe. Nowy zespół Rusinowskiej – Unknow Quintet tworzy pięć utalentowanych młodych artystek, obok liderki – pianistka Paulina Atmańska, saksofonistka Monika Muc, kontrabasistka Kamila Drabek oraz perkusistka i flecistka Wiktoria Jakubowska. Panie sięgają najchętniej po współczesny jazz, hip hop i etno. Alicja Serowik (koncert w niedzielę o godz. 20) kontynuuje swoje muzyczne podróże inspirowane pieśniami kurpiowskimi. Do nagrania płyty „DO ŚË SÅJD” artystka pochodząca z Podlasia (absolwentka gdańskiej Akademii Muzycznej) zaprosiła m.in. trójmiejskich muzyków znanych bywalcom Festiwalu Jazz Jantar: kontrabasistę Krzysztofa Słomkowskiego, akordeonistę Arka Czernysza, perkusistę Adama Golickiego oraz kwartet smyczkowy BONSAI. – Urodziłam się na Kurpiach w miejscowości Turośl. Kultura, muzyka i pieśni kurpiowskie były obecne w moim życiu,odkąd tylko pamiętam. N naszej płycie pragniemy pogodzić ludową stylistykę z jazzowym przekazem. Zależy nam na stworzeniu dzieła, które staje się spoiwem dla różnobarwnych środków muzycznego wyrazu. Sięgając do wiecznie bijącego kurpiowskiego piękna, w którym drzemie niezwykła moc, staramy się ukazać tę nieuchwytną melancholię, tęsknotę, kroplę duszy i zadumy, zarazem światło i mrok, a także to, co łagodne i surowe – mówi o swoich artystycznych inspiracjach Alicja Serowik. 3.02.2018 / fot. Anna Rezulak / KFP
Norweski leśny, rosyjski niebieski, perski, syberyjski, brytyjski krótko- i długowłosy, sfinks, devon rex, ragdoll, a nawet święta birma – do Gdańska zjechał cały koci świat. W sobotę i niedzielę Hala Widowisko-Sportowa AWFiS przy ul. Kazimierza Górskiego gości ponad 290 zwierzaków i 130 hodowców – uczestników XXIII i XXIV Międzynarodowej Wystawy Kotów Rasowych. – Bardzo rzadkie są singapury, koraty, peterbaldy, święte birmy i abisyńczyki. Mamy na wystawie kotkę, która jest tegorocznym world leaderem, czyli nr 1 na świecie. Przedstawicielka rasy burmskiej pochodzi z Polski – zachwala Małgorzata Kozicka z sopockiego Klubu Felinologiczny Cat Club Amber (organizator wystawy). Wielką atrakcją sobotnich prezentacji był „Show Białej Łatki”, czyli specjalny pokaz dla wszystkich kotów posiadających białą część futra. Do rywalizacji stanęły 74 piękności. Wygrała Zula, koteczka domowa z Spotu, przygarnięta przez obecną właścicielkę z ulicy. Czarnulka ma białką strzałkę na nosie, jasny krawacik i takież skarpetki. 3.02.2018 / fot. Mateusz Ochocki / KFP
Gdyński Klub Hokejowy od kilkunastu lat z powodzeniem występuje w Trójmiejskiej Lidze Hokejowej. Dwukrotnie sięgał w tych rozgrywkach po srebrne medale. Entuzjaści i pasjonaci hokeja spod znaku GKH (nie tylko z Gdyni) poznali też smak rywalizacji w elitarnych Mistrzostwach Polski Amatorów. Sezon 2017/18 na trójmiejskich taflach rozpoczęli dość udanie. Po trzynastu meczach mają na koncie dziewięć zwycięstw i cztery porażki, plasując się na trzecim miejscu w 8-zespołowej tabeli. Do ligowych batalii powrócą po feriach, 13 lutego spotkaniem z Grizzlies Gdynia. W tę sobotę bynajmniej nie odpoczywali od hokeja. Rywalem GKH Gdynia na lodowisku w Hali Olivia była drużyna Amassadors złożona z mieszkańców kanadyjskiej prowincji Alberta. W niedzielę (godz. 19.40) goście z Kraju Klonowego Liścia uznawanego za kolebkę hokeja na lodzie zmierzą się z amatorami z TH Goldwell Gdańsk, a w poniedziałek (godz. 17 lub 20) ich rywalem będzie ekipa Lider Hockey Team. Na pewno będą chcieli powetować sobie dzisiejszą porażkę 2:7. Wstęp na wszystkie mecze jest bezpłatny. 3.02.2018 / fot. Mateusz Ochocki / KFP
Mimo śniegu i delikatnego mrozu nie zabrakło dziś chętnych, którzy punktualnie o 9 zainicjowali ideę parkrun w Charzykowach. Kolebka i stolica naszego żeglarstwa śródlądowego w każdą sobotę zamieniać będzie się teraz w miejsce wspólnego biegania. To 53. lokalizacja parkrun w Polsce, co ciekawe – w najmniejszej miejscowości. I kto wie, czy nie w najpiękniejszej, gdyż zawodnicy pokonują dystans 5 km po charzykowskiej promenadzie, przebiegiem Jeziora Charzykowskiego tuż przy porcie jachtowym.
Parkrun to nic innego jak cykliczne biegi na dystansie 5 km. Idea narodziła się przed 14 laty w Anglii. Parkruny to darmowe biegi bez wpisowego, ale też bez nagród i bez kosztów. Wystarczy zarejestrować się w systemie parkrun i wydrukować specjalny kod, dzięki któremu można potem sprawdzać swoje czasy, a także startować w innych edycjach parkrun w Polsce i na świecie. Dziś w Charzykowach startowali biegacze, którzy mają za sobą biagi zagraniczne. W Polsce parkrun zainicjowano w 2011 roku za sprawą Jakuba Fedorowicza, który przywiózł tę ideę z Anglii. Fedorowicz był na inauguracji biegów Charzykowach. – Cieszę się, że jesteśmy tu dziś wszyscy razem. To 53. lokalizacja w Polsce i jak do tej pory najmniejsza, a jestem przekonany, że wcale najmniejsza nie będzie frekwencja, a wręcz przeciwnie, będzie ona powodem do dumy – potwiedział Fedorowicz. Wraz z koordynatorem charzykowskiego biegu Wojciechem Urowskim przypominał też, że parkrun to nie wyścig, lecz bieg rekreacyjny, w którym każdy startuje sam dla siebie. Na metę wszyscy przybiegali z uśmiechami na twarzy, a ci, którym było mało, truchtem wracali do Chojnic. Wśród biegaczy był też nestor chojnickich biegów, 81-letni Zbigniew Wiśniewski. 3.02.2018 / fot. Aleksander Knitter / KFP
Kiedyś w kultowym klubie muzycznym na Ogarnej koncertowali znani muzycy, grupy, w sklepie i na odbywającej się raz w tygodniu giełdzie sprzedawano płyty. Legenda tego miejsca w latach 80 sięgało daleko poza granice Trójmiasta. Dzisiaj w zabytkowej kamienicy na Ogarnej 27/28 zadomowił się pies, który lubi muzykę i wino. Jego podniebienie łechce też kuchnia poprawiająca nastrój – comfort food, a nozdrza pobudza zapach historii. Zwierzak spogląda z sentymentem na dawną Psią z szyldu nowo otwartej restauracji Canis.
– Pomysł na nazwę lokalu podsunął nam nasz znajomy, pan Marcin. Nawiązuje ona do tradycji tego miejsca, na czym bardzo nam zależało, bo kamienica jest z 1872 roku i ma inspirującą historię. Ulica Ogarna do końca II wojny światowej nazywała się Hundegasse. Nazwa pochodzi z początku XV wieku. A jeszcze wcześniej była tu platea Canum, czyli też Psia, tylko pisana po łacinie. Nasz Canis i Canum mają wspólny rodowód – mówi Marta Sałek, menedżer restauracji otwartej 28 grudnia ubiegłego roku. To nie jest pierwszy lokal w historii neogotyckiej kamienicy wzniesionej według projektu Hermanna Bandta dla spółki Danziger Bankverein (Gdańskie Towarzystwo Bankowe), jednej z nielicznych w Głównym Mieście, które przetrwały wojenną zawieruchę w niemal nienaruszonym stanie. W latach 1927–1937 gdańszczanie przychodzili na Hundegasse 27/28 do kawiarni Cafe Germania. Wcześniej, od połowy ostatniej dekady XIX wieku gości przyjmował tutaj hotel Germania. Ciekawe wątki do tej historii dopisywali przed wojną kolejni właścicieli i dzierżawcy – gdańska loża masońska, Warszawski Bank Zjednoczony czy urząd powierniczy, który znalazł tu siedzibę na krótko przed wybuchem światowego konfliktu. W polskim Gdańsku jej nowy rozdział rozpoczął się epizodem bankowym. Na przełomie lat 40. i 50. dwie sale na parterze kamienicy zajęła na cztery dekady Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa” przekształcona na początku lat 70. w RSW Prasa-Książka-Ruch.
Pokolenie dzisiejszych 50-latków kojarzy to miejsce z prowadzonym przez państwowego monopolistę Klubem Międzynarodowej Prasy i Książki.... dla melomanów. Z ulicy wchodziło się do sklepu płytowego odwiedzanego w latach 80. przez licznych bywalców cotygodniowych giełd z grającymi krążkami. W głębi była sala na blisko sto osób, w której koncertowały gwiazdy polskiej sceny rozrywkowej. Wstęp do klubu muzycznego (nazwa zwyczajowa) był wolny. Płaciło państwo. – Czasem aż powietrza brakowało. Oddychało się samą muzyką. Moja mama Alicja dość długo prowadziła ten klub. Pracowała w KMPiK na Ogarnej jako instruktor ds. muzycznych. Młodość tam spędziłem. Kilka lat temu znalazłem w piwnicy kronikę fotograficzną z tamtych czasów, i to bardzo cenną – z autografami i dedykacjami znamienitych gości klubu. Moja żona stłukła niedawno szklankę ozdobioną okrągłym logotypem Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej. Tak tak, to ten znak z charakterystycznym młotem umieszczonym w okręgu. Szklanka też była pamiątką stamtąd – wspomina gdański didżej Maciej Markiewicz związany zawodowo z Kabaretem na Tkackiej.
Ogarna 27/28 grała aż do likwidacji RSW. W 1990 roku płyty ustąpiły miejsca na półkach książkom Biblioteki Brytyjskiej Uniwersytetu Gdańskiego. Ćwierć wieku później uczelniany księgozbiór przeniósł się do kampusu w Oliwie, a administrator kamienicy – Gdański Zarząd Nieruchomości Komunalnych rozpoczął poszukiwania nowego najemcy. Minęło blisko 1,5 roku, nim Dariusz Markiewicz (zbieżność nazwisk przypadkowa) zaczął urządzać tutaj swoją pierwszą restaurację. Pracował dotąd w wielu lokalach, był kierownikiem i menedżerem, ale nie u siebie. Canis to jego oczko w głowie. Remont w kamienicy ruszył wiosną zeszłego roku. – Dotknęliśmy najdawniejszej historii tego miejsca, odsłaniając oryginalne kolumny z 1872 roku. Po wojnie zostały zamurowane. Widać je na starych zdjęciach prezentujących wnętrza Hotelu Germania i późniejszej Cafe Germania. Teraz są ozdobą naszego baru. Kiedy bliżej im się przyjrzymy, dostrzeżemy na nich ślady powłoki z 24-karatowego złota – mówi Marta Sałek. Wystrój lokalu łączy tradycję zabytkowego wnętrza z nowoczesnością. Na sufitach znalazły się sceny z obrazów niderlandzkich mistrzów – oryginały możemy podziwiać w amsterdamskim Rijksmuseum – a na ścianach lustra powiększające przestrzeń oraz czarno-białe zdjęcie, na których zobaczymy, jak kiedyś ludzie się bawili. Całości dopełniają surowość drewnianych stołów oraz najnowsze wzornictwo mebli tapicerowanych. W karcie dań sporządzonej przez szefa kuchni Mateusza Janusza (kuchni otwartej dodajmy – zza każdego stołu można patrzeć kucharzom na ręce) dominuje tzw. comfort food – potrawy z sentymentalnymi nutami. – To jest bardzo szerokie pojęcie, każdemu z nas może kojarzyć się z czymś innym. Nie zamykamy się w kuchni polskiej, sięgamy po składniki europejskie. Canis proponuje jedzenie, które poprawia nastrój. Staramy się, żeby na każdym talerzu były wszystkie tekstury – coś delikatnego, coś gładkiego, coś chrupkiego, ale też wszystkie cztery smaki – mówi szef kuchni. Ryba „lubi się” tu ze szpinakiem, topinambur ze słonym karmelem z dodatkiem suszonych borowików, kurka zielononóżka z masłem orzechowym i komosą ryżową, a cała karta dań z winem i muzyką.
Rozszerzona nazwa lokalu brzmi Canis Music&Wine. Nowy rozdział muzyczny otworzył tu w czwartkowy wieczór elblążanin Gracjan Kalandyk. Szersza publiczność poznała skalę jego talentu przed trzema laty, kiedy z powodzeniem walczył o finał programu „The Voice of Poland”. 25-letni dziś wokalista z gitarą niezmiennie zachwyca niezwykłą barwą głosu tudzież przepełnionym delikatnością i nostalgią repertuarem. – Taką muzyką graną na żywo chcemy wypełniać naszym gościom wszystkie wieczory. Gramy do północy. Program artystyczny wciąż jest tematem otwartym. Wsłuchujemy się w opinie odbiorców. Na pewno piątki będą należeć do fenomenalnego duetu wokalno-gitarowego Izabela Krasucka & Ireneusz Pestka. Planujemy wieczory tematyczne, np. piosenkę francuską z kuchnią wzbogaconą o akcenty nawiązujące do strawy duchowej. Prawdopodobnie we wtorki i środy gościć u nas będą także artyści kabaretowi i stand-upowi – zachęca do odwiedzenia muzykalnego Canisa Marta Sałek.
Przypominają się czasy, kiedy na nieco większej scenie przy Ogarnej 27/28 występowali Leszek Dranicki, Mietek Blues Band, Osjan, Jan Ptaszyn Wróblewski czy Józef Skrzek. – To nie były tylko koncerty i to nie byli artyści sceniczni, ale także muzykoznawcy, dziennikarze i prezenterzy muzyczni, śpiewający aktorzy czy np. fotograficy specjalizujący się w tworzeniu obrazów do ścieżek dźwiękowych. Przeglądam karty swojej kroniki – na zdjęciach są w niej Markowie – Niedźwiecki i Gaszyński, a nawet Piotr Kaczkowski, znany przecież także z tego, że unika fotoreporterów i mediów wizualnych. Ze swoim legendarnym „Minimaksem” był u nas 13 lipca 1983 roku. Dwa miesiące wcześniej koncertował tu nieodżałowany Jacek Skubikowski. 21 października 1986 roku zagrał Józef Skrzek. Mam płytę z dedykacją. Oddział zamknięty... Brakuje daty. Bajm był w Gdańsku dwa dni – 26-27 czerwca 1984 roku. Zachowałem plakat z dedykacją. Osjan – zdjęcie niestety też bez daty, ale z dedykacją – opowiada o swoich trofeach z klubu muzycznego przy Ogarnej Maciej Markiewicz.
Na albumy uwielbianych kapel trzeba było czekać w tamtych czasach miesiącami. Nierzadko cały rok. Za butelkę wina czy kilogram krakowskiej kupowało się płyty spod lady, ale trzeba było mieć do tego podejście, a najlepiej dojścia. Opakowany w gazetę winylowy przedmiot pożądania nie drażnił okładką wścibskich oczu. Sklep płytowy przy klubie muzycznym na Ogarnej nie był w tej sferze wyjątkiem. – Takie to były czasy – wychodził album, ruszała trasa koncertowa, a handel – oficjalnie – zostawał w blokach. „Ciemna strona księżyca” Pink Floydów była pod ladą, „Dzwony Rurowe” Mike'a Oldfielda były pod ladą, jedynka, dwójka i czwórka Zeppelinów też tam były. Z półki kupowało się płyty takich wykonawców jak Włodzimierz Wysocki, Jerzy Połomski i Regina Pisarek. Stały tam też bułgarskie wydania twórczości światowych gwiazd. O jugosłowiańskie było trudniej, chociaż pamiętam, że Beatlesi z bułgarskiego tłoczenia brzmieli lepiej niż wydanie oryginalne – wspomina Maciej Markiewicz, także stały bywalec dawnych giełd płytowych przy Ogarnej. Kilkakrotnie je nawet prowadził. – Sprzęt był na miarę tamtych czasów – gramofon Fonomaster podłączony do kolumny Eltrona wielkości lodówki, do tego wzmacniacz gitarowy. Kto chciał bliżej zapoznać się z wybranym przez siebie wydawnictwem, przekazywał je osobie prowadzącej giełdę, z pomocą której mógł posłuchać płyty we fragmentach, sprawdzić czy jest prosta, czy pod igłą nie przeskakuje i czy nie trzeszczy zanadto. Giełdy odbywały się co tydzień. Brało się karton czy reklamówkę, pakowało kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt winyli, a potem ustawiało w klubie na krzesełku z oparciem. Fajną, rodzinną atmosferę miały tamte spotkania. Życiu klubowemu ton nadawali ludzie z pasją. W ostatnich latach obserwujemy próby reaktywacji giełd płytowych, ale to już inny świat. Kojarzy się raczej z właścicielami samochodów dostawczych wypełnionych tysiącem jeden drobiazgów – z nutką nostalgii wspomina stare czasy didżej z Gdańska. Może z Canisem da się jeszcze do nich wrócić? 2.02.2018 / fot. Maciej Kosycarz / KFP
W Gdańsku Kokoszkach, na przedmieściach miasta można dostrzec żurawie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie pora roku. Żurawie bowiem odlatują z Polski we wrześniu i październiku, a wracają w marcu i kwietniu. 2.02.2018 / fot. Maciej Kosycarz / KFP
Reprezentował biało-czerwoną banderę w obchodach 60. rocznicy zwycięskiej bitwy o Atlantyk, uczestniczył w misji antyterrorystycznej, w ciągu 13 lat służby przebył 42 000 mil morskich. Wychodził na morze blisko 200 razy i spędził na nim ponad 600 dni. Okręt podwodny ORP „Kondor” zakończył służbę w Marynarce Wojennej 20 grudnia zeszłego roku. Zanim trafił do Polski, przez 40 lat pływał jako „Kunna” pod banderą Norweskiej Królewskiej Marynarki Wojennej. Wiele wskazuje na to, że 54-latek typu Kobben nie skończy na złomowisku. Podczas grudniowej uroczystości ostatniego opuszczenia bandery w Porcie Wojennym Gdynia nie usłyszeliśmy wprawdzie jasnej deklaracji w tej sprawie, jednak nie jest tajemnicą, że wycofany ze służby okręt mógłby wzbogacić kolekcję mieszczącego się tuż przy gdyńskim Bulwarze Nadmorskim Muzeum Marynarki Wojennej i stać się atrakcją turystyczną. Na razie trafiła tu bandera wojenna „Kondora”, jednostka zaś przekazana została Agencji Mienia Wojskowego. Decyzję o jej dalszym losie, a w istocie o jej drugim życiu, podjąć może tylko minister obrony narodowej. To nie będzie łatwa decyzja, bo jak się okazuje, okręt-muzeum widzi u siebie już kilka miast. Takiej atrakcji nikt w Polsce jeszcze nie ma. O „Kondora” walczą m.in. Gdynia, Szczecin, Świnoujście, Kołobrzeg i Drawsko Pomorskie, a ostatnio dołączyły do tego grona Ustka i Elbląg. Usteccy radni z wnioskiem o przygotowanie uchwały intencyjnej w sprawie przejęcia okrętu ORP „Kondor” i sprowadzenia go do kurortu wystąpili do burmistrza w środę 31 stycznia. Okręt miałby stanąć w zachodniej części portu morskiego. Dwa tygodnie wcześniej o to samo zaapelowali do prezydenta miasta elbląscy radni PO. – Klub Radnych Platformy Obywatelskiej uważa, że okręt ORP „Kondor” mógłby zostać jedną z atrakcji turystycznych nie tylko Elbląga ale i całego regionu. Sprowadzenie okrętu nawiązałoby do historii miasta, w którym przecież powstawały łodzie podwodne. Nie możemy też zapomnieć o planowanym rozwoju elbląskiego portu, który nastąpi po otwarciu kanału żeglugowego przez Mierzeję – piszę radni Platformy Obywatelskiej. Chętnych jest wielu, okręt – na razie jeden. Ale będą następne. „Kondor” to pierwsza z czterech jednostek typu Kobben, które do 2020 roku zostaną wycofane ze służby w Marynarce Wojennej. 1.02.2018 / fot. KFP
Lech Wałęsa będzie musiał przeprosić Henryka Jagielskiego za bezprawne pomówienia o współpracę z SB, a także o pobicie w latach 70. jednego z kolegów stoczniowców oraz uczestnictwo w antykomunistycznym sprzysiężeniu, w którym zdrada miała być karana śmiercią. Wyrok w głośnej sprawie wytoczonej legendarnemu przywódcy Solidarności przez byłego pracownika Stoczni Gdańskiej i opozycjonistę z czasów PRL zapadł dzisiaj w gdańskim Sądzie Okręgowym. Chodzi o wypowiedź byłego prezydenta ze stycznia ubiegłego roku podczas konferencji zorganizowanej przez Instytut Pamięci Narodowej, na której zarzucił on Jagielskiemu agenturalną przeszłość. Przekonywał też, że były opozycjonista miał pobić stoczniowca, „czego konsekwencją, na skutek wstawiennictwa związkowców, w tym Lecha Wałęsy, miało być wyłącznie przesunięcie na inny wydział”. Sąd orzekł, że za bezpodstawne oskarżenie Lech Wałęsa ma przeprosić Henryka Jagielskiego na Twitterze, na portalach gazeta.pl i dziennik.pl oraz listownie. Były prezydent został też zobowiązany do zapłacenia na rzecz powoda 15 tys. złotych wraz z odsetkami od czerwca 2017 r., pokrycia kosztów procesu oraz zaprzestania rozpowszechniania tych informacji. Proces toczył się od maja ubiegłego roku. Lecha Wałęsy nie było na ogłoszeniu wyroku. Jego pełnomocnik mecenas Marcin Prusak nie komentował decyzji sądu. Przed tygodniem w mowie końcowej argumentował słowa byłego prezydenta próbami obrony własnego dobrego imienia. – Wreszcie zaczyna zwyciężać prawda – mówił dziś w sądzie Henryk Jagielski. – Pieniądze nie zwrócą mi honoru, przykładam do nich najmniejszą wagę. Najważniejsza jest tu prawda. O taką samą Polskę walczyliśmy, jeden prawdziwie, a drugi donosił i za te pieniądze rodzinę utrzymywał. Nawet jego żona powtarzała, że w Totolotka wygrał. Dlaczego teraz nie wygrywa? Myśmy wszyscy mieli o nim wyrobione zdanie, ale nie mieliśmy na to dowodów. W grudniu 1970 roku on został ujawniony przez Annę Walentynowicz. Jeszcze Krzysiek go bronił - podkreślał były opozycjonista, wskazując na stojącego obok Krzysztofa Wyszkowskiego, który był świadkiem w sprawie. 1.02.2018 / fot. Mateusz Ochocki / KFP
Teatr Szekspirowski zatańczył na Chiński Nowy Rok. W półtoragodzinnym widowisku łączącym tradycję ze współczesnością gdańskiej publiczności zaprezentowali się utalentowani artyści ze słynnej Akademii Tańca w Pekinie. Youth Dance Company to młodsza część zespołu Beijing Dance Academy działającego przy Uniwersytecie Pekińskim, najbardziej prestiżowej chińskiej uczelni, założonej jeszcze za czasów panowania dynastii Qing, w 1898 roku. Z okazji jednego z najważniejszych świąt w chińskim kalendarzu tancerze goszczą w Europie z widowiskiem, którego wyboru rokrocznie dokonuje ministerstwo kultury CHRL. To prezent świąteczny, a zarazem promocja kultury Dalekiego Wschodu. Patronami spektaklu w Teatrze Szekspirowskim były także Ambasada Chińskiej Republiki Ludowej w Warszawie i Konsulat Generalny ChRL w Gdańsku, a współorganizatorem święta – Instytut Konfucjusza przy Uniwersytecie Gdańskim. Polska część tournée Youth Dance Company to występy w Gdańsku i Krakowie. Umiejętności tancerzy z Pekinu docenić będą mogli w tym roku także widzowie w Słowenii, Albanii czy Estonii.
Chiński Nowy Rok jest najważniejszym świętem w tradycyjnym kalendarzu chińskim. W bezpośrednim tłumaczeniu nazywa się Świętem Wiosny. W tym roku przypada 16 lutego. Wtedy rozpocznie się Rok Psa. Tradycyjnie Święto Wiosny trwa piętnaście dni i kończy się Świętem Latarni. 31.01.2018 / fot. Mateusz Ochocki / KFP
  • aktualnych propozycji: 10570
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2018 KFP