logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 12082
Pisane było im złomowisko. ORP „Metalowiec” i ORP „Rolnik” po blisko sześciu latach bezczynności mogą wrócić do służby, ale już nie pod banderą Marynarki Wojennej RP. Nie popłyną też ku chwale Wietnamu na Morze Południowochińskie. A Morze Czarne? Ukraina chce kupić nasze tarantule.
Tarantule tworzyły legendę polskiej floty wojennej na Bałtyku 30 lat temu. Uzbrojone po zęby, nowoczesne i zwrotne okręty rakietowe ze stoczni w Rybińsku pędziły po naszym morzu z prędkością niemal 80 km na godzinę, budząc szacunek innych stalowych drapieżników i rozsławiając dobre imię ludzi pracy. Marynarze lubili tarantule już choćby tylko za to, że przesiadając się na nie z jednostek innych typów, nie odczuwali tak bardzo bujania na bałtyckich falach. Kiedy ORP „Górnik” i ORP „Hutnik” – wycofane ze służby w 2005 roku – płynęły na złom, niektórym oficerom 3. Flotylli Okrętów Marynarki Wojennej RP stawały łzy w oczach. Czuli, że to dzieje się za wcześnie. Czy los „śląskich” korwet projektu 1241 RE Mołnia (w kodzie NATO Tarantul I) podzielą niebawem dwie bliźniacze jednostki, na których bandery opuszczono po raz ostatni w grudniu 2013 roku? ORP „Metalowiec” i ORP „Rolnik” przez pięć kolejnych lat cumowały w Porcie Wojennym na Oksywiu, udając bojowe. Agencja Mienia Wojskowego bezskutecznie próbowała je sprzedać. Perypetie związane z kolejnymi przetargami (tudzież sprzedażą poprzetargową), ofertami niespełniającymi wymogów formalnych czy też niesolidnymi kontrahentami znalazły kres latem zeszłego roku, choć i tym razem nie obyło się bez nałożenia kary na kupca...
Statki zakupiła firma z Warszawy, której większościowym udziałowcem jest biznesmen wietnamskiego pochodzenia. To miało znaczenie. W połowie poprzedniej dekady Marynarka Wojenna Socjalistycznej Republiki Wietnamu była bardzo zainteresowana pozyskaniem wszystkich czterech polskich tarantul. Chciała też kupić „Orła”, naszego największego podwodniaka. Zmodernizowane okręty miały trafić do służby na Morzu Południowochińskim jako skromna (ale szybka) część odpowiedzi na coraz bardziej agresywne działania chińskich sił morskich, szczególnie wokół spornych wysp archipelagu Truong Sa i złóż ropy, do których prawa roszczą sobie ponadto Tajwan, Malezja i Filipiny. Nie bez znaczenia dla prawdopodobnych losów naszych jednostek był fakt, że na przełomie lat 80. i 90. Akademia Marynarki Wojennej w Gdyni wykształciła 25 Wietnamczyków, z których 18 wróciło na ojczyzny łono i tworzyło tam zręby kadry oficerskiej Hải Quân Nhân dân Việt Nam. Wprawdzie „Górnik” i „Hutnik” uciekły w 2005 roku Wietnamowi (znawcy tematu mówią, że cena okrętów była przestrzelona), jednak sentyment do floty kraju wspierającego szkolenie wietnamskich sił pozostał w Azji. Tym bardziej, że z upływem lat wartość uziemionych w gdyńskim porcie tarantul malała. Nieoficjalnie wiemy, że za każdą z nich kontrahent z wietnamskim kapitałem zapłacił Agencji Mienia Wojskowego mniej niż 10 proc. kwoty, jaką pochłonie przywrócenie okrętom zdolności bojowej. Sama tylko wymiana zespołów napędowych – a bez tego ani rusz – to są grube miliony złotych. Kiedy nasza Marynarka Wojenna snuła przed laty takie plany jako rozwiązanie alternatywne dla systematycznego likwidowania floty, koszty remontu tarantuli sięgały około 40 milionów.
„Okręty zostały sprzedane firmie Mac Management Dang Minh Mac w wyniku przeprowadzonego 12 lipca 2018 r. przetargu pisemnego nr 12/OS/2018. Umowa sprzedaży została podpisana 2 sierpnia 2018 r., a termin odbioru okrętów został ustalony na 14 grudnia 2018 r. Podpisanie dokumentu wydania (WZ) dwóch okrętów nastąpiło 3 stycznia 2019 r. Wydanie okrętów nastąpiło z opóźnieniem z winy kupującego i zgodnie z zapisami umowy, zostały naliczone kary umowne w wysokości 34 656 zł. Powyższa kara umowna wpłynęła na konto Agencji 18 stycznia 2019 r.” – czytamy w komunikacie przekazanym nam przez Małgorzatę Weber, rzecznik prasową Agencji Mienia Wojskowego. Trzy dni po tym ostatnim terminie Port Wojenny na Oksywiu był świadkiem niecodziennych ruchów. 21 stycznia odpłynął stąd ciągnięty przez holowniki ORP „Rolnik”, a następnego dnia jego śladem podążył ORP „Metalowiec”. Trasę miały krótką. Obie jednostki przycumowały do nabrzeża państwowej Stoczni Remontowej Nauta przy ul. Waszyngtona (od kilku miesięcy teren jest własnością Portu Handlowego Gdynia). Umowę na przegląd i postój statków w tym miejscu podpisała ze stocznią warszawska firma... Alfa, nowy właściciel obu jednostek. Wietnamczycy zrezygnowali. – Spółka Mac chciała usprawnić oba okręty, tak, żeby przeszły przez Biskaje, Morze Śródziemne, Kanał Sueski i dopłynęły do Wietnamu, ale obawiała się, czy wytrzymają tę podróż. Kreśliła też plan polegający na pozostawieniu kadłubów w Gdyni, wymontowaniu uzbrojenia, systemów sterowania itp. i przetransportowaniu zdemontowanych elementów do Azji na pokładzie rorowca. Po głębszej analizie kosztów i dokonaniu oceny ryzyka właściciel jednostek wybrał jednak trzecie rozwiązanie, odsprzedając je konkurencji. Pewnie stracił na tym niewiele – słyszymy od eksperta w tej dziedzinie, który zastrzega sobie anonimowość.
Jeśli nie Wietnam, to co? „Z powodzeniem oferujemy nasze towary wybranym klientom zagranicznym, w szczególności naszym długoletnim partnerom biznesowym z Azji Południowo-Wschodniej (…) Jesteśmy wiodącą firmą w zakresie zakupów i dalszego obrotu okrętami wycofywanymi ze służby w Marynarce Wojennej” – informuje na swojej stronie internetowej warszawska firma Alfa. W publicznej ofercie spółki (dział „jednostki morskie, lądowe i powietrzne”) nie ma żadnej z tarantul (w całości), ale na załączonych w tym miejscu zdjęciach zobaczyć możemy fragmenty okrętów z uzbrojeniem. Alfa oferuje koncesjonowanym nabywcom m.in. armaty AK-176 kaliber 76 mm i AK-630 kaliber 30 mm. Jak dowiedzieliśmy się w spółce, broń pochodzi z jednostek już nieistniejących. Kilka lat temu „Polityka” opublikowała rozmowę z prezesem firmy Piotrem Sapieżyńskim, który opowiadał o tym, jak żyć ze złomowania polskiej Marynarki Wojennej, ale też o emocjach, jakie towarzyszyły marynarzom, kiedy zabierał na złom „Górnika” i „Hutnika” (w roku 2008). Wywiad nosił tytuł „Człowiek, który tnie polską flotę na żyletki”. Wobec przywołanych okoliczności trudno oprzeć się wrażeniu, że „dalszy obrót okrętami” cumującymi od pół roku w Naucie może oznaczać tylko jedno... Ale nie tak szybko. Wizja przetopienia stali okrętowej na uszlachetniacz dodawany do surowca, z którego produkuje się „żyletki”, nie musi być wcale bliska. Ze źródeł dobrze poinformowanych dowiadujemy się, że zakupem obu jednostek zainteresowana jest Marynarka Wojenna Ukrainy, a raczej to, co z niej zostało po zajęciu Krymu przez Rosję. Prezes Sapieżyński, zapytany przez nas o prawdziwość tych doniesień, nie zaprzecza, acz ze względu na delikatność materii zachowuje umiar w ocenie sytuacji negocjacyjnej. Rozmowy z Ukraińcami trwają.
Czy po 25 latach służby i ponadpięcioletniej bezczynności polskie tarantule mogą odzyskać ducha bojowego, a w ślad za tym rozpocząć nowe życie w jednej z ukraińskich baz na Morzu Czarnym? Mimo że długotrwały postój w Porcie Wojennym na Oksywiu im nie służył („Metalowca” dwukrotnie w czasie wiosennych roztopów zalewała woda, ostatnio w marcu ubiegłego roku), eksperci mający za sobą wieloletnią służbę w Marynarce Wojennej RP (także na tarantulach) są w tej kwestii zgodni: to jest możliwe. Stawiane przez nich prognozy długości życia dla obu jednostek sięgają lat 30. XXI wieku. – Oczywiście każda z nich może ruszyć z miejsca tylko z nowym napędem. Turbiny mają to do siebie, że jak się nieznacznie przekroczy rocznik, to trzeba zrobić remont statku. Dziś to nie będzie łatwe, ale mamy w Trójmieście jeszcze kilku zdolnych i doświadczonych turbinistów. Ukraina jest zainteresowana zakupem i naprawą jednostek w Polsce, przypuszczalnie w PGZ Stoczni Wojennej. Inne zakłady nigdy tego nie robiły. Napęd to nie wszystko, trzeba także uszlachetnić linię wałów, poprawić kadłub, wymienić agregaty prądotwórcze, sprawdzić stan kabli i dobrze osuszyć okręt. Ukraińcy wiedzą o tym doskonale, niedawno zapoznali się ze stanem obu jednostek. Podobno wszystko jest już zaklepane i nasze eks-okręty popłyną jeszcze w tym roku na Morze Czarne – donosi nasze anonimowe źródło. 22.07.2019 / fot. Maciej Kosycarz / KFP
Spotkać można tu Katarzynę Grocholę, profesora Jerzego Bralczyka, ks. Adama Bonieckiego, Jacka Fedorowicza czy Henrykę Krzywonos-Strycharską z mężem Krzysztofem Strycharskim. Łączy ich książka. Ponad 40 literatów i autorów gości od piątku w Gdyni na VIII Nadmorskim Plenerze Czytelniczym. Kiermasz książek połączony z bogatym programem wydarzeń towarzyszących, m.in. spotkaniami z twórcami literatury i wydawniczymi premierami, obecny będzie na bulwarze Nadmorskim (scena główna) i plaży w Śródmieściu do niedzielnego popołudnia (godz. 19). Na rozmowy z autorami książek zapraszają także Konsulat Kultury i Gdyńskie Centrum Filmowe. Podczas tegorocznego pleneru swoje książki prezentuje w Gdyni ponad 60 wydawnictw. Podobnie jak w latach ubiegłych nie brakuje tu literatury i specjalnie wydzielonej strefy dla dzieci. – Wydawcy oferują kilka tysięcy tytułów. Większość z nich to nowe, często premierowe pozycje, a w dodatku w promocyjnych cenach. Zawsze przy okazji pleneru wydawnictwa ustalają specjalne rabaty – zachęca do odwiedzania stoisk z książkami Jacek Oryl, wiceprezes zarządu spółki Targi Książki i prezes spółki Murator Expo. Obie firmy wspólnie z miastem Gdynia są organizatorami wydarzenia. 20.07.2019 / fot. Andrzej J. Gojke / KFP
Na kąpieliskach nadmorskich w Łebie tłumy. Pogoda w ten weekend dopisywała, sinic nie było. W letnie soboty i niedziele miejscowość odwiedza co najmniej kilkadziesiąt tysięcy turystów. O tej porze roku Łeba jest jedną z najbardziej turystycznych gmin w Polsce. Lipiec i sierpień to według oficjalnych danych od 350 tysięcy do blisko 400 tysięcy udzielonych noclegów (mowa jedynie o obiektach noclegowych objętych sprawozdawczością). Pod względem liczby noclegów przypadających na jednego mieszkańca gmina nie ma w regionie sobie równych. Współczynnik wynoszący blisko 100:1 może budzić zazdrość. W większym od Łeby ponad 120 razy (pod względem liczby ludności) Gdańsku wynosi on ok. 2:1. 21.07.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Blisko 150 wystawców gości od czwartku w gdyńskiej Marinie na 14. Targach Sportów Wodnych i Rekreacji Wiatr i Woda. To jedyna w Polsce taka impreza, podczas której najpiękniejsze jednostki żaglowe i motorowe prezentują się w swoim naturalnym środowisku. Na gdyńskim akwenie będzie można podziwiać je do godziny 16 w niedzielę. Targowa sobota była dniem nagród. Po raz dziesiąty poznaliśmy laureatów konkursu Gdynia Yacht Design powołanego pod honorową opieką prezydenta miasta w celu promowania doskonałego wzornictwa w branży sportów wodnych. Jury złożone z projektantów i konstruktorów tym razem wyłoniło trzech triumfatorów. W kategorii „najładniejszy jacht żaglowy" zwyciężył Hanse 458 (Super Yachts). Decydujące znaczenie miała „oryginalna współczesna stylistyka podporządkowaną funkcjonalności nautycznej". Tytuł najładniejszego jachtu motorowego zdobył Axopar 28 Cabin Brabus Line (S-Yachts), doceniony „za indywidualny styl i jakość wykończenia oraz za szczerą harmonię stylistyki i funkcjonalności". Jury przyznało także specjalne wyróżnienie „za wyjątkową jakość wykończenia i wykonania, podporządkowanych konsekwentnemu dążeniu do uzyskania jednolitego stylu; za prestiż pozbawiony wulgarności". Otrzymał je superluksusowy jacht Galeon 650 Fly, którego współproducentem jest stocznia w Straszynie. Nagrody wręczyła Joanna Zielińska, przewodnicząca Rady Miasta Gdyni oraz pełnomocnik prezydenta miasta ds. sportu. – Wiele lat temu Targi Wiatr i Woda odbywały się w różnych miejscach wystawienniczych w Warszawie. Decyzja, która dziesięć lat temu sprawiła, że te targi pojawiły się u nas, w Gdyni, była świetna. Nie ma lepszej możliwość do prezentacji jachtu niż na wodzie – podkreślała podczas dzisiejszej uroczystości przewodnicząca Rady Miasta. 20.07.2019 / fot. Andrzej J. Gojke / KFP
L.U.C., Maria Sadowska i Bisz wraz z orkiestrą Rebel Babel Ensemble otworzyli w sobotni wieczór czerwone muzyczne schody przy Gdyńskim Centrum Filmowym. Tego lata muzycy zapraszają na trzy wyjątkowe koncerty, które zarejestrują studenci Gdyńskiej Szkoły Filmowej. Pierwszy za nami.
Seria koncertowa „Rebel Babel & GSF on Stairs” to wspólna inicjatywa dyrektora gdyńskiej filmówki Jerzego Radosa oraz kompozytora i tekściarza, laureata Paszportu Polityki, Łukasza L.U.C. Rostkowskiego. Gospodarzem plenerowych koncertów na czerwonych schodach przy GCF jest międzynarodowa, nieograniczona orkiestra Rebel Babel Ensemble. Zespół podróżuje po świecie, łącząc młodych muzyków z lokalnych orkiestr i big-bandów z wybitnymi zawodowcami z branży muzycznej. W sobotę zagrał z Rostkowskim, Sadowską i Biszem, 17 sierpnia na czerwonych schodach pojawi się zespól Xxanaxx, zaś 20 września – podczas 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych – Rebel Babel Film Orchestra zagra utwory Krzysztofa Komedy, a zaśpiewają Anna Dereszowska i Magda Kumorek. Artyści prezentują swoją twórczość wzbogaconą o orkiestrowe aranże oraz jeden ulubiony utwór bądź dekonstrukcję fragmentu muzyki z historii polskiego kina. W sobotę usłyszeliśmy m.in. motyw muzyczny z serialu „Czterej pancerni i pies” we wspólnym wykonaniu Łukasza Rostkowskiego i Marii Sadowskiej. Wstęp na wszystkie koncerty jest bezpłatny. 20.07.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Na sopockich kąpieliskach w sobotę górą były sinice, na piasku nieźle radzili sobie siatkarze plażowi, a na placu przy molo po południu zaczęła grać Cepeliada. Impreza promująca twórczość ludową i muzykę szeroko pojętego nurtu folkowego odbywa się w kurorcie już po raz dziewiętnasty. W tym roku będzie tu do 28 lipca. Bogatą część kulturalną otworzył na scenie muszli koncertowej zespół Czarne Kapelusze z Mechowa. Słuchaliśmy dziś także kapeli Cecinka z Bratysławy. Jak zapewniają organizatorzy, punktem kulminacyjnym programu będzie czwartkowy występ (godz. 18) neofolkowego zespołu Panieneczki z Bydgoszczy. Na 19. Cepeliadę zjechało do Sopotu około 90 wystawców z całej Polski. Buszując po stoiskach na placu Zdrojowym, natkniemy się na rękodzieło szyte, wyszywane, wyroby tkackie i skórzane, ale też na ceramikę, rzeźby czy prace malarskie. Pośród tekstyliów ciekawostką jest np. odzież wykonana ze zużytych żagli. Na łasuchów czekają m.in. wędliny z Podlasia, chałwa regionalna i oscypki. Podobno nic tak nie poprawia nastroju zawiedzionym miłośnikom morskich kąpieli jak pajda chleba ze smalcem, solą i ogórkiem... 20.07.2019 / fot. Jerzy Bartkowski / KFP
Kolorowa Parada Artystów w stylu Korkoro przeszła w sobotni wieczór ul. Długą i Długim Targiem w Gdańsku. Stylizowane kreacje, fantazyjne maski, dźwięki bębnów i pokazy ogniowe wzbudziły zrozumiałe zainteresowanie licznych turystów oraz mieszkańców spacerujących reprezentacyjnym traktem miasta. I o to chodziło. Korowód zainicjowany przez Stowarzyszenie Teatralno-Edukacyjne Korkoro wspólnie z Teatrem w Oknie uświetnił nowe gdańskie otwarcie teatralne. Organizatorzy parady obwieścili niniejszym początek kooperacji. Teatr Korkoro wchodzi ze swoją sztuką do Teatru w Oknie przy ul. Długiej 50/51. – Teraz nasza moc jest niezrównana. Możecie do nas odwiedzać w samym sercu Gdańska. Właśnie tworzymy repertuar. Wieloletnia owocna współpraca z Fundacją Theatrum Gedanense, Gdańskim Teatrem Szekspirowskim z prof. Jerzym Limonem na czele oraz Teatrem w Oknie zaowocowały silną synergią – zapraszają artyści i edukatorzy ze Stowarzyszenia Teatralno-Edukacyjnego Korkoro. Jako organizacja non-profit (zarejestrowana w Gdyni) formalnie istnieje ono od stycznia 2015 roku, ale historia artystycznej i społecznej działalności grupy założonej przez Krzysztofa Dziwnego Gojtowskiego jest znacznie dłuższa. –Nasze Stowarzyszenie nie chce dostrzegać granic poznania – pragniemy dotrzeć tam, gdzie inni zobaczyli nieprzebyty mur. Dlatego dokonujemy rzeczy niemożliwych: organizujemy największe w skali Europy parady uliczne (Szekspir400), spektakle gramy dla naszej publiczności w śniegu, a performance realizujemy w rytmie codziennym. Śmiemy sądzić, że każdy „trójmieszczanin” chociaż raz był świadkiem naszych artystycznych manifestacji – mówią o sobie animatorzy Teatru Korkoro. 20.07.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Nowe radiowozy, w tym nieoznakowane auta marki BMW serii 3 Gran Turismo xDrive z turbodoładowanymi silnikami o mocy 252 KM rozpędzające się do setki w 6 sekund, najnowocześniejszy sprzęt do pomiaru prędkości i najlepsi funkcjonariusze pomorskiej drogówki... Piraci drogowi mają powody do obaw. Decyzją komendanta wojewódzkiego policji w garnizonie pomorskim powstała grupa do zadań specjalnych – Speed. Prezentacja zespołu odbyła się w piątek na terenie Oddziału Prewencji Policji przy ul. Harfowej na osiedlu Złota Karczma. Blisko obwodnicy... – Policjanci będą kontrolować prędkość na głównych ciągach komunikacyjnych. Wszędzie tam, gdzie dochodzi do zauważalnych przekroczeń. Na tym właśnie skupi się nowo powstała grupa – informuje podkom. Joanna Skrent z KWP w Gdańsku. Najlepszy sprzęt do walki z agresją na drogach i nadmierną prędkością (także ze sprawcami innych wykroczeń i przestępstw) trafił do rąk 24 wytypowanych policjantów z komórek ruchu drogowego komend miejskich i powiatowych. Skład pomorskiej grupy Speed uzupełniają funkcjonariusze z wydziału kryminalnego oraz wydziału do walki z cyberprzestępczością. Ich zadaniem będzie wyłapywanie uczestników nielegalnych wyścigów oraz kierowców, których „popisy” trafiają do sieci. Zgodnie z poleceniem zastępcy komendanta głównego policji zespoły przeciwdziałające niebezpiecznym zachowaniom na drodze powstają we wszystkich komendach wojewódzkich. Pierwszy zaczął działać ponad pół roku temu w Komendzie Stołecznej. 19.07.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
– Bez konwenansów, bez spiny, po prostu „Lekko” – zapraszają właściciele nowo otwartej restauracji bistro przy al. Zwycięstwa 15 we Wrzeszczu. To budynek Opery Bałtyckiej, miejsce nieopodal stacji SKM Politechnika. Obok jet przystanek tramwajowy, autobus zatrzymuje się przed samymi drzwiami lokalu (wejście od al. Hallera). Działająca do niedawna w tym miejscu kanapkarnia i naleśnikarnia nie bez kozery nosiła nazwę „Przystanek Opera”. Teraz jest tu „Lekko”. Lokal Jana Haase i Olgi Kolbusz oficjalnie otworzył swoje podwoje w piątek 19 lipca. Szef kuchni Bartłomiej Piotrowski poleca dania kuchni włoskiej – pizzę na cienkim cieście, panino, makarony, ale też wytrawne bajgle, lekkie sałatki, desery i aromatyczną kawę z lokalnej palarni. – Wyróżniają nas oryginalne włoskie produkty najwyższej jakości – zachwalają właściciele restauracji. Specjalnością firmy na letnie upalne dni są lemoniady – skittlesowa, jagodowo-pomarańczowa, wiśniowo-malinowa, cytrusowa czy też kokosowo-lawendowa. Wszystkie powstają na bazie syropów, które przygotowuje tutejsza kuchnia. Lokal czynny jest do godz. 23. W dni powszednie zaprasza od 8, a w soboty i niedziele od 10. 19.07.2019 / fot. Anna Bobrowska / KFP
Wieloryby wynurzające się z oceanu odpadów wczoraj od rana wzbudzały zainteresowanie przechodniów na Długim Targu. Po południu przeniosły się nad prawdziwe morze. Rzeźba symbolizująca letnią akcję „Bez plastiku” pozostanie na piasku nieopodal mola w Brzeźnie do wieczora. Od środy na plaży działa strefa Greenpeace Polska. – Dzisiaj wyszło słońce i nie jest tak wietrznie jak wczoraj, a co za tym idzie, akcja cieszy się większym zainteresowaniem. Plażowicze odwiedzają nas całymi rodzinami. Jesteśmy przy molo w Brzeźnie, więc od razu wchodzą do naszej strefy – mówi nam Katarzyna Guzek, rzeczniczka Greenpeace Polska.
O 10 do wody ruszyli nurkowie. Trwa sprzątanie dna Bałtyku. Ta część działań strefy #BezPlastiku dostępna była jedynie dla ochotników z licencją. Każdy uprawniony mógł się zgłosić. Z zaproszenia skorzystała blisko 20-osobowa grupa z Centrum Nurkowego Tryton. Część nurków weszła wody z brzegu, by spenetrować obszar kąpieliska, część popłynęła łodzią trochę dalej. – Po południu przekonamy się, jak to wygląda. Na razie za wcześnie jest na prezentowanie efektów. Nurkowie niedawno rozpoczęli pracę. Dziś będzie jeszcze spacer audytowy. Spacerujemy wzdłuż plaży, zbieramy śmieci. Najwięcej jest niedopałków – mówi rzeczniczka Greenpeace.
W walce z plastikiem aktywiści połączyli siły z Instytutem Oceanologii Polskiej Akademii Nauk, który bada zjawisko występowania w przyrodzie nurdli – granulatu z tworzyw sztucznych. Polowanie na nurdle to nad naszym morzem rzecz nowa. Niewiele też na ten temat się u nas mówiło. – Nurdle to granulat przypominający kształtem i wielkością ziarna soczewicy, z którego wytwarza się plastikowe przedmioty. Na plażach całego świata znajduje się ich coraz więcej. Dostają się do środowiska głównie w czasie produkcji i transportu. Nie ma jeszcze efektywnego sposobu, by je usunąć. W Polsce zasięg ich występowania nie został dokładnie zbadany, ale obecność nurdli w ekosystemie Bałtyku jest zauważalna – mówi dr Emilia Jankowska z Instytutu Oceanologii Polskiej Akademii Nauk. – Nurdle widać gołym okiem, tylko trzeba wiedzieć, na co się patrzy. Niektóre są przeźroczyste, inne mają barwę białą lub brązową. Koleżanka znalazła wczoraj na plaży granulki niebieskie i różowe. Zbieramy je, pakujemy i przekazujemy ekspertom z Instytutu Oceanologii PAN, którzy zbadają, z czego zostały zrobione i czy są zanieczyszczone metalami ciężkimi – dodaje Katarzyna Guzek. Jutro akcja „Bez plastiku” przenosi się do Międzyzdrojów. 18.07.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
  • aktualnych propozycji: 12082
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2019 KFP