logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 12474
24 listopada minie 25 lat od tragicznego pożaru hali Stoczni Gdańskiej. W jednej z największych tragedii w powojennym Gdańsku życie straciło siedem osób. Ponad 300 fanów muzyki, którzy bawili się tego dnia na koncercie zespołu Golden Life, a w planach mieli jeszcze wspólne oglądanie transmisji z ceremonii rozdania nagród MTV, uległo poparzeniom. W większości ofiarami tragedii byli uczniowie szkół podstawowych i średnich. Wciąż pamiętają, że „życie choć piękne, tak kruche jest”. Sprawców cierpienia nigdy nie poznali. Podpalaczom udało się zachować anonimowość. Kary za nieumyślne spowodowanie tragedii spotkały kierownika hali (dwa lata więzienia w zawieszeniu na 4 lata) i dwóch organizatorów koncertu z Agencji Reklamowej FM (rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata). Proces karny, jeden z najdłuższych w historii naszego sądownictwa, toczył się 16 lat. W kwietniu 2013 roku Sąd Apelacyjny w Gdańsku orzekł, że organizatorzy nie zapewnili uczestnikom wydarzenia bezpieczeństwa. – Zaniechali jakichkolwiek działań w celu otwarcia drzwi ewakuacyjnych – podkreślał w uzasadnieniu sędzia Krzysztof Ciemnoczołowski. – Hala być może nie była idealna, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to było dość dawno i inne czasy, ale opinie biegłych są bezlitosne: gdyby drzwi ewakuacyjne były otwarte, to nawet z tak niedoskonałej hali można się było uratować – ocenił sąd. W tamten czwartkowy wieczór setki spanikowanych nastolatków znalazło się w płonącej pułapce.
Poparzeni ludzie tratowali się wzajemnie, próbując wydostać się sali koncertowej głównym wejściem. Dwie z czterech dróg ewakuacyjnych były zamknięte na kłódkę. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Płomienie wędrujące po drewnianych trybunach i kurtynie sięgały już sufitu. Kiedy zgasło światło, wybuchła panika. Tłum smagany gorącym powietrzem i dymem parł w stronę jedynego znanego sobie wyjścia, napotykając na drodze ucieczki kolejne przeszkody. Najpierw były schody – pięć stopni prowadzących w górę, dalej drzwi z zamkniętym głównym przejściem i otwartymi skrzydłami bocznymi. Ludzie znajdujący się na czele grupy zostali przyparci do zapory, nie mogli wykonać żadnego ruchu. W lepszej sytuacji byli ci, którzy przesuwali się do wyjścia, pozostając z boku tłumu. Wypchnięci skrajnymi przejściami wpadali na schodki prowadzące w dół. Wielu z nich traciło tu równowagę i upadało. Po nich przechodzili następni. Przed sobą mieli już główne wyjście, ale tylko ci, którym los wyznaczył miejsca w środkowej części tłumu. Boczne przejścia blokowały kraty pozamykane na kłódki...
„Nielicznym udało się bez uszczerbku pokonać swoisty slalom zgotowany przez organizatorów koncertu. O leżących potykali się następni. Rosnący stos był przypierany do zamkniętych drzwi bocznych. Wielu leżących ludzi tłum wypychał przez otwarte główne drzwi, a potem tratował na płytach chodnika, przypierając do podmurówki i siatki ogrodzenia. Od strony głównego wyjścia z hali prowadzącego na chodnik o szerokości około 2,5 m, ograniczony z jednej strony murem stoczniowym, z drugiej zaś podmurówką i płotem z siatki rozpiętej na stalowych ramach, znajdowało się wysokie na 1,5 m kłębowisko ludzi (…) Za tym stosem szamotali się ludzie, którzy w panice usiłowali znaleźć wyjście z ogniowej pułapki. Część z nich gołymi rękami próbowało wyrwać rozsuwane skrzydła boczne bramy wejściowej – zamknięte na kłódkę – zbudowane z mocnych, stalowych krat (...) Po rozebraniu stosu ludzi na chodniku okazało się, że pod murkiem ogrodzenia leży kilkunastoletnia dziewczyna. Nienaturalne skręcenie ciała kazało przypuszczać, że jest połamana i ma uszkodzony kręgosłup. Po przeniesieniu ofiary na trawnik, lekarz stwierdził zgon” – czytamy w raportach Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Gdańsku z tragicznego pożaru hali Stoczni Gdańskiej. 13-letnia Dominika było jedną z dwóch ofiar, które poniosły śmierć na miejscu tragedii. Przy ul. Jana z Kolna zginął także Wojciech Klawinowski, operator telewizji Sky Orunia. Wrócił do płonącej hali, by wynieść z niej sprzęt telewizyjny. W wyniku ciężkich obrażeń w szpitalach zmarło pięć osób. Wśród nich było dwóch ochroniarzy, którzy wynosili z płonącej hali nieprzytomne osoby.

Największe powojenne katastrofy na obszarze dzisiejszego województwa pomorskiego zdarzyły się w Gdańsku.

2 maja 1994 r. – katastrofa autobusu PKS w Gdańsku-Kokoszkach: 32 ofiary śmiertelne, 45 rannych;
17 kwietnia 1995 r. – wybuch gazu w wieżowcu przy alei Wojska Polskiego w Gdańsku: 22 ofiary śmiertelne;
13 grudnia 1961 r. – pożar na statku MS Maria Konopnicka w Stoczni Gdańskiej: 22 ofiary śmiertelne;
18 czerwca 1980 r. – eksplozja na tuńczykowcu B-406 w Stoczni Północnej w Gdańsku; 18 ofiar śmiertelnych, 10 rannych;
1 sierpnia 1975 r. – katastrofa promu na Motławie w Gdańsku: 18 ofiar śmiertelnych;
1 lutego 1976 r. – wybuch gazu przy ul. Struga w Gdańsku: 17 ofiar śmiertelnych, 11 rannych;
24 listopada 1994 r. – pożar w hali Stoczni Gdańskiej: 7 ofiar śmiertelnych, ponad 300 rannych.
21.11.2019 / KFP
„Supernova” Bartosza Kruhlika to utrzymana w realistycznym stylu, obyczajowa opowieść balansująca na granicy dramatu, thrillera i kina katastroficznego. Miało jej nie być na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, ale po protestach środowiska filmowego film znalazł się w konkursie głównym i zachwycił jurorów. 21 września w gdyńskim Teatrze Muzycznym reżyser i scenarzysta odebrał nagrodę za najlepszy debiut reżyserski. Czas na widzów. Za dwa dni, po dwóch miesiącach od pierwszego sukcesu, film wejdzie na ekrany kinowe. W środę „Supernovu” obejrzeli wspólnie z twórcami klubowicze Gdyńskiej Szkoły Filmowej. Spotkanie w sali Warszawa z Bartoszem Kruhlikiem oraz Jerzym Janeczkiem, filmowym ojcem jednego z trzech głównych bohaterów, poprowadził Jerzy Rados, zastępca dyrektora GSF.
Punktem wyjścia do napisania scenariusza była prawdziwa tragedia na drodze sprzed kilku lat, w której życie straciło wiele osób. – To był wyzwalacz, nie inspiracja. W jednej chwili młody chłopak rozjechał dwie rodziny. Co prawda film w ogóle nie jest o tym – to jest historia fikcyjna – ale to zdarzenie otworzyło mi w głowie jakąś klapkę, że to jest niesamowita przestrzeń na bardzo mocny dramat. To znaczy, że każdy z nas może wyjść z tego budynku i... bęc, czego nikomu nie życzę. To również może się zdarzyć naszym bliskim, albo nigdy może się to nam nie zdarzyć. Inspiracja to za duże słowo, ale ta prawdziwa tragedia tak mnie gotowała i piekła od środka, że musiałem to jakoś wyrzucić na papier – opowiadał po projekcji w GCF Bartosz Kruhlik. Jego film nie ma jednego głównego bohatera. Wiodącymi postaciami są polityk, który chce wygrać wybory – sprawca tragedii (w tej roli Marcin Hycnar), policjant pragnący spokojnie dotrwać do emerytury (Marek Braun) oraz niejaki Michał Matys, mężczyzna, którego najbliżsi giną w wypadku, grany przez Marcina Zarzecznego. Trzech mężczyzn, jedno miejsce i jedna tragiczna chwila, które zmieni ich losy. Oto jesteśmy świadkami wydarzenia, które konfrontuje lokalną społeczność i przybysza z zewnątrz, i w ślad za bohaterami tej historii stajemy przed pytaniem o rolę przypadku i przeznaczenia w życiu każdego z nas. Jaka jest odpowiedź? – Cały czas zastanawiałem się, jak tę historię w ogóle można skończyć. Rozbujaliśmy emocje do granic możliwości, bohater zbiorowy... Jedyne, co mogę zrobić, to dać na chwilę odetchnąć, dać jakąś przestrzeń do myślenia. A przy okazji pomyśleć, o czym to jest dla mnie, po co ja ten film zrobiłem. Zrobiłem go, bo czegoś nie rozumiałem w tej historii. Nie robiłbym go, gdybym znał ją na wylot. Nie rozumiałem, jak to jest, przeżyć taką historię, stracić bliskich na drodze. Nie rozumiałem surrealistycznych emocji, które w człowieku wtedy buzują. Pomyślałem sobie, że w podobną abstrakcję będzie dobrze wskoczyć na koniec, pokazać, że tu się zdarzył jakiś kosmos, ale tak naprawdę pięć metrów dalej ktoś tego w ogóle nie zauważył i może nawet nigdy się o tym nie dowie. Pomyślałem sobie, że to dość zgrabne zamknięcie filmu, które nie jest wykrzyknikiem, tylko wielokropkiem. Ja lubię akurat wielokropki, a nie wykrzykniki – mówi reżyser. 20.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Na stacji paliwowej Lotos przy al. Hallera w Gdańsku znowu będzie można tankować. Samochody ciężarowe blokujące od kilku dni dostęp do tego miejsca w środę po południu wciąż tu były, ale do końca dnia powinny odjechać. Jak informuje portal trojmiasto.pl, spór pomiędzy dzierżawiącym stację koncernem paliwowym a właścicielem tego terenu wznoszącym w jej sąsiedztwie osiedle mieszkaniowe znalazł kompromisowe rozwiązanie. „Rozmowy zakończyły się sukcesem. Czekamy na zatwierdzenie ustaleń ze spotkania przez organy korporacyjne spółki Lotos” – poinformowało biuro prasowe firmy deweloperskiej Robyg. Kością niezgody był wolno stojący zbiornik na gaz, który, jak orzekła straż pożarna, może stanowić zagrożenie zarówno dla przechodniów, jak i mieszkańców wzniesionego w ostatnich miesiącach bloku mieszkalnego. Lotos nie godził się na przebudowę instalacji, Robyg nie mógł odebrać budynku. Trwające od kilku miesięcy negocjacje nie przyniosły porozumienia. W efekcie deweloper wypowiedział firmie paliwowej umowę dzierżawy. Druga strona uznała to działanie za bezpodstawne i nadal robiła swoje, aż do momentu, kiedy na stację wjechały ciężarówki. 20.11.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
W gdańskiej stoczni Remontowa Shipbuilding S.A. świętowano dziś wodowanie kolejnego holownika typu B 860 przeznaczonego dla Marynarki Wojennej RP. Zgodnie z umową zawartą w 2017 roku z Inspektoratem Uzbrojenia, po trzy takie jednostki trafią do 3. Flotylli Okrętów i 8. Flotylli Obrony Wybrzeża. Zwodowany w środę „Semko” jest czwartą jednostką z tej serii. Pierwsza z nich o numerze burtowym H-11 i imieniu „Bolko” przeszła już wszystkie próby i wkrótce przekazana zostanie odbiorcy. W ubiegłym tygodniu położono stępkę pod budowę ostatniego, szóstego okrętu.
Holowniki typu B 860 przeznaczone są zarówno do wykonywania zadań wsparcia logistycznego na morzu i w portach, jak również do działań związanych z ewakuacją techniczną, wsparciem akcji ratowniczych, transportu osób i zaopatrzenia, neutralizacji zanieczyszczeń oraz podejmowania z wody materiałów niebezpiecznych. Klasa lodowa holowników pozwoli na ich eksploatację w ciężkich warunkach lodowych w asyście lodołamaczy. Jednostki te mogą przewozić na pokładzie otwartym ładunki drobnicowe o łącznej masie do 4 ton. Wyposażone w windę holowniczą dziobową oraz rufową mają uciąg 35 ton. Jednostkę typu B 860 obsługuje 10-osobowa załoga, do dyspozycji której przygotowano siedem kabin. 20.11.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
53 lata temu 22 listopada na stacji Różyny położonej między Pruszczem Gdańskim a Pszczółkami doszło do katastrofy kolejowej, w której zginął jeden z kolejarzy, a blisko 30 podróżnych odniosło rany. Tuż przed godziną 6 pociąg osobowy zdążający z Gdyni do Olsztyna zderzył się z wyjeżdżającym z bocznego toru składem kolejowym. Maszynista tego drugiego zignorował czerwony sygnał świetlny. W wyniku zderzenia wykoleiła i spadła z nasypu lokomotywa pociągu towarowego. Z szyn wyskoczyły także wóz motorowy składu pasażerskiego oraz dwa wagony znajdujące się tuż za nim. Jeden ze zmiażdżonych wagonów wbił się w ziemię obok nasypu. Śmierć w tym zdarzeniu poniósł kolega winowajcy, 27-letni pomocnik maszynisty z parowozowni Gdańsk-Zaspa. Dwóch innych kolejarzy wraz z kilkorgiem pasażerów w stanie ciężkim trafiło do szpitala.
22 listopada to jedna z najczarniejszych dat w historii kolejnictwa na Pomorzu. Tego dnia w roku 1920 w godzinach porannych społecznością Powiśla wstrząsnęła wiadomość o tragicznej w skutkach katastrofie pociągu osobowego nr 1001 relacji Kwidzyn – Malbork. Popularny w tamtych czasach skład z wagonami 3. klasy, którymi podróżowali głównie pracownicy malborskich zakładów oraz młodzież szkolna z okolicznych miejscowości, w Gościszewie zderzył się czołowo z pociągiem towarowym. Mimo że na skutek interwencji dróżnika maszynista tego drugiego pociągu zdążył zahamować, katastrofa pochłonęła 20 ofiar. Rany odniosło 36 podróżnych. Na terenach dzisiejszego województwa pomorskiego większe żniwo zebrała jedynie katastrofa na linii nr 203 pomiędzy Swarożynem a Starogardem Gdańskim, do której doszło w nocy 30 kwietnia 1925 roku najprawdopodobniej na skutek zamachu terrorystycznego (rozkręcone tory). Pociąg międzynarodowy relacji Insterburg – Berlin stoczył się z wysokiego na 9 metrów nasypu. Zginęło 29 podróżnych, w wielu zostało rannych. W czasach powojennych najtragiczniejsze zdarzenie na pomorskich szlakach kolejowych miało miejsce 15 czerwca 1969 roku na jednotorowej linii 201 pomiędzy Kościerzyną a Skorzewem. W wyniku zderzenia czołowego pociągu osobowego jadącego z Kościerzyny w kierunku Gdyni ze składem towarowym zginęło 7 osób (14 zostało rannych). 20.11.2019 / fot. Zbigniew Kosycarz / KFP
Jakub Szamałek autor bestsellerowej serii „Ukryta sieć” opowiadał o drugim tomie w/w serii zatytułowanym "Kimkolwiek jesteś". Z pisarzem rozmwaiała Ryszarda Wojciechowska. 19.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Miejska spółka Gdańskie Autobusy i Tramwaje zakupiła kolejny zabytkowy autobus. Jelcz PR110 trafił do Gdańska z Ostrowca Świętokrzyskiego za 20 tysięcy złotych. To pierwszy nowoczesny autobus miejski w Polsce. Charakteryzował się nową linią nadwozia. Wcześniej powszechną na polskich drogach była bardziej obła konstrukcja Jelcza, jak kultowy „Ogórek”. Jelcz PR110M to polska zmodyfikowana wersja francuskiego autobusu Berliet PR100. Model w odróżnieniu od dwudrzwiowego francuskiego modelu zyskał trzecie drzwi. Produkcja modelu PR110M ruszyła w 1975 roku. Po Gdańsku jeździło 122 takich autobusów, dostarczonych w latach 1978-1981. Na ulicach naszego miasta można było je spotkać do końca lat 80. Jelcz PR110 podobnie jak inne zabytkowe autobusy i tramwaje będzie atrakcją turystyczną. 19.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Radni Koalicji Obywatelskiej chcą, aby w Gdańsku, wzorem Gdyni, została uregulowana kwestia parkowania hulajnóg. W interpelacji wnioskodawcy zwracają uwagę, że pozostawiane hulajnogi często blokują ciągli piesze oraz ścieżki komunikacyjne stwarzając realne zagrożenie dla pieszych i rowerzystów. Za wzór podają Gdynię, gdzie Gdyński Zarząd Dróg i Zieleni zabiera do depozytu nieprawidłowo pozostawione hulajnogi, które operator może odebrać po wykazaniu własności. Interpelacja została przesłana do gdańskiego magistratu. 19.11.2019 Fot. Anna Rezulak / KFP
„Weź bilet i skasuj długi” - bezpłatna pomoc podczas V Gdańskiego Dnia bez Długów. W zabytkowym tramwaju na trasie Strzyża PKM – Siedlce specjaliści udzielali bezpłatnych porad osobom borykającym się z problemami finansowymi. 18.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Zmarł Zbigniew Jujka, niezwykle popularny gdański karykaturzysta i dziennikarz. Miał 84 lata. Od 1963 roku (z przerwą w stanie wojennym) publikował satyryczny rysunkowy cykl „Dzienniczek”, swoisty komentarz do najważniejszych wydarzeń politycznych i społecznych tygodnia. Przez kilkadziesiąt lat zachwycał nas swoimi rysunkami satyrycznymi. Bliskie mu były także grafika, plakat i ilustracja książkowa. 18.11.2019 / fot. KFP
  • aktualnych propozycji: 12474
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2019 KFP