logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 12492
Od 0:1 do 3:1 i... od 4:1 do 3:1. ŁKS robił wszystko, żeby stracić czwartego gola, ale piłkarze Lechii i arbitrzy spotkania otwierającego w Gdańsku rundę rewanżową ekstraklasy nie ułatwiali im zadnia. Decydujący głos mieli sędziowie VAR. Wynik 4:1 kibice na Stadionie Energa Gdańsk fetowali dwukrotnie. Za każdym razem przedwcześnie. Zarówno po golu strzelonym w 60. minucie przez Flavio Paixao (byłby hat-trick), jak i po bramce zdobytej cztery minuty później przez Rafała Wolskiego, asystenci wideo dopatrzyli się „spalonego”. Choć konsultacje trwały długo, a atmosfera widowiska sportowego traciła na przejrzystości, warto było czekać, bo mieli rację. Na tym jednak nie koniec. W 74. minucie też mogło być 4:1. Flavio już nawet ustawił piłkę na 11. metrze, jednak sędzia Wojciech Myć po tym jak podyktował rzut karny, postanowił i tym razem skonsultować swoją decyzję z asystentami VAR. Po dłuższej telenaradzie okazało się, że „jedenastki” nie będzie. Była za to żółta kartka dla faulowanego w polu karnym Filipa Mladenovicia za to, że od początku był innego zdania i je manifestował. Niecodzienny przebieg miała druga połowa tego meczu. Dla Lechii najważniejsze było to, że po szybko straconej bramce potrafiła odwrócić jego losy. I w końcu wygrała... po raz pierwszy od 28 września.
Lechia Gdańsk – ŁKS Łódź 3:1 (2:1). Bramki: Harslin (23'), Paixao (28', 49') – Sobociński (9’). Widzów: 7674.
LECHIA: Alomerović – Fila (46' Makowski), Nalepa, Maloca, Mladenović – Łukasik – Peszko (90' Arak), Kubicki, Wolski (87' Sobiech), Haraslin – Paixao. 23.11.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Gdańsk pachnie już świętami. Paradą Piernikową na Targu Węglowym rozpoczął się w sobotę Jarmark Bożonarodzeniowy. To pierwsza z dziesiątek atrakcji, którymi impreza organizowana przez Międzynarodowe Targi Gdańskie kusić nas będzie aż do 1 stycznia. Gdański jarmark jako jedyny w Polsce znalazł się w gronie dwudziestu europejskich kandydatów ubiegających się o zwycięstwo w konkursie European Best Christmas Market 2020. Nominacja zobowiązuje. Jak co roku, nie brakuje na Targu Węglowym nowości. Jedną z nich jest wysoka na pięć metrów brama w kształcie adwentowego świecznika z punktem widokowym na szczycie. Brama skrywa też w sobie świąteczną niespodziankę – zdobi ją największy w Gdańsku kalendarz adwentowy. Codzienne odsłanianie kolejnego okienka (godz. 17) stanie się nową tradycją jarmarku. Pod bramą adwentową finiszowali dziś maszerujący od Złotej Bramy średniowieczni gdańszczanie i kupcy z orientu – uczestnicy kolorowej Parady Piernikowej. Tutaj też świątecznych gości powitała prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz. – Przybywajcie codziennie, bo każdego dnia będzie się coś działo. Za tydzień rozpocznie się adwent, w związku z czym rozpoczniemy otwieranie naszego adwentowego kalendarza. Mogę zdradzić jedynie, że kryje on sporo atrakcji i niespodzianek. Chcę was jednak prosić o jedno: święta to szczególny czas, w którym powinniśmy pomyśleć nie tylko o sobie, ale też o innych. Na Targu Węglowym można wesprzeć potrzebujących – kościół św. Mikołaja i Fundację Hospicyjną. Zachęcam do tego – zapraszał prezydent Gdańska. – Mam nadzieję, że przez najbliższe tygodnie będziemy tu świętować, ale też przygotowywać się do świąt. Postaramy się, by byli państwo zadowoleni z tego wydarzenia – dodawał prezes MTG Andrzej Bojanowski. W tym roku na Jarmark Bożonarodzeniowy zapraszają nas aż 52 stoiska gastronomiczne i ponad 40 kramów z rzemiosłem i ozdobami świątecznymi. 23.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
„Ratuszowa” to obok „Malajskiej” jedna z najbardziej kultowych czekolad „Bałtyku” ostatniego półwiecza. Jej początki sięgają przełomu lat 60. i 70. Dużą popularność zawdzięczała wyjątkowemu smakowi mlecznej masy czekoladowej. Pojawiała się w różnych opakowaniach, ale najbardziej pamiętaną jest ta z fotografią Ratusza Głównego Miasta w Gdańsku na etykiecie. I właśnie w takiej, miejskiej szacie po latach powraca. Oficjalna premiera reaktywowanej „Ratuszowej” miała miejsce w sobotę podczas Jarmarku Bożonarodzeniowego na Targu Węglowym.
– Była to jedna z pierwszych powojennych czekolad, którą dzisiaj nazwalibyśmy upominkową. Często wybierano ją na prezent albo jako słodką pamiątkę z Gdańska. Chcieliśmy, aby nadal sprawiała radość, promowała nasze miasto i była świątecznym prezentem dla wszystkich sympatyków Gdańska i Bałtyku – mówi prezes Zakładów Przemysłu Cukierniczego Bałtyk. Współczesna czekolada mleczna „Ratuszowa” produkowana jest według tradycyjnej receptury. Nie zawiera oleju palmowego, składników genetycznie modyfikowanych GMO oraz glutenu. 100-gramowa tabliczkę zdobi etykieta nawiązująca stylistyką do tej najpopularniejszej z poprzedniego stulecia. „Bałtyk” wyprodukował także „Ratuszową” w wersji deserowej, która jest współczesnym rozwinięciem serii. Ale to nie jedyna niespodzianka z fabryki czekolady na nadchodzący okres świąteczny. Nowością są także czekoladki „Fantazja” w ośmiu smakach ukrytych w specjalnych, upominkowych kartonikach. Smak mięty znajduje się w kartoniku „Fantazja Mintu”, a pozostałe smaki w kartonikach „Fantazja deserowa” (kakao-rum, waniliowy, orzechowy) oraz „Fantazja koktajlowa" (malibo, rum&toffee, advocat, brandy&coffee). Nowości z „Bałtyku” znajdziemy podczas Jarmarku Bożonarodzeniowego na słodkim stoisku nr 67 usytuowanym naprzeciwko domku św. Mikołaja. 23.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP

SŁODKIE HISTORIE GDAŃSKA. PREMIERA ALBUMU ZE SMAKIEM MALAJSKIEJ
Zachwycał nas swoimi podróżniczymi wyczynami, bez strachu przemierzał lądy i oceany, niejednokrotnie ryzykował zdrowiem i życiem na nieznanych drogach. Trójmiejski podróżnik, pilot, pianista i pisarz Romuald Koperski nie żyje. Miał 64 lata. Był człowiekiem wielu pasji. Dziewięć lat temu grał przez 103 godziny i 8 sekund na fortepianie, wpisując się tym wyczynem do Księgi Rekordów Guinnessa. Należał do pionierów samochodowej eksploracji Syberii. W 1994 przejechał z Zurychu do Nowego Jorku przez Syberię. Trasa pionierskiej wyprawy wiodła przez bezkresne obszary Syberii, Amerykę Północną, Kanadę, Stany Zjednoczone. Fragmenty relacji z tej podróży opublikował w książce „Pojedynek z Syberią”. Na przełomie 2016 i 2017 roku, w ciągu niespełna 78 dni przepłynął samotnie Atlantyk (Wyspy Kanaryjskie – Tobago) w łodzi wiosłowej „Pianista”. Trzy lata wcześniej przegrał nierówny pojedynek ze sztormową aurą. Wiosłując przez ocean kontynuował swoją działalność charytatywną poprzez zbieranie funduszy na rzecz dzieci i młodzieży polskiego pochodzenia zamieszkujących obszary Syberii. Zawsze wybierał trasy, które elektryzowały podróżników na całym świecie. Spełniał się jako pisarz. Autor wspomnianego „Pojedynku z Syberią”, a także książek „Przez Syberię na gapę”, „1001 Obrazów Syberii”, „Syberia Zimowa Odyseja” i „Ocean Niespokojny”. 23.11.2019 / fot. KFP
Pomorze pożegnało dziś Zbigniewa Jujkę. Wspaniały rysownik, przenikliwy karykaturzysta, od 56 lat związany z „Dziennikiem Bałtyckim”, rozśmieszał i edukował swoim cotygodniowym „Dzienniczkiem” trzy pokolenia Polaków. Odszedł we śnie 18 listopada nad ranem. Miał 84 lata. Spoczął w sobotnie południe na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku. Mszę w intencji zmarłego odprawił w bazylice Mariackiej ks. prałat Ireneusz Bradtke. Zbigniewa Jujkę żegnali najbliżsi, przyjaciele, współpracownicy, przedstawiciele władz samorządowych, ludzie kultury, działacze społeczni, czytelnicy, wielbiciele jego twórczości. Wśród nich byli m.in. prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz, profesor Andrzej Januszajtis oraz szef „Dziennika Bałtyckiego” Mariusz Szmidka. – Zbigniew Jujka był bardzo pogodnym i niezwykle szczerym człowiekiem. Miał ogromny dystans do siebie i niezwykłe poczucie humoru. Inaczej chyba nie dałby rady wykonywać tego zawodu i rysunku satyrycznego. Przez 56 lat ciągle współpracował z jednym medium. To jest chyba swoisty rekord Polski. Kiedyś powiedział mi, że jestem osiemnastym redaktorem naczelnym, z którym już współpracuje. A to pokazuje, jakim był niezwykłym artystą. Redaktorzy się zmieniali, a on trwał - przypominał redaktor naczelny "Dziennika Bałtyckiego". 23.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Od dziś w Gdańsku-Jasieniu poruszamy się ulicą imienia generała Władysława Andersa. Uroczystość nadania nazwy odbyła się w piątek wczesnym popołudniem.
Ulica Andersa położona jest na północny zachód od ul. Myśliwskiej, w pobliżu stacji Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. Z wnioskiem o uhonorowanie wybitnego dowódcy 2. Korpusu Polskiego, uczestnika kampanii włoskiej i bitwy pod Monte Cassino, wystąpił do Rady Miasta Zarząd Wojewódzki w Gdańsku Ogólnokrajowego Stowarzyszenia Kombatantów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, pisząc w uzasadnieniu, że w 80. rocznicę wybuchu II wojny światowej „należy uczcić pamięć bohaterów walczących o wolność i niepodległość Polski, nazywając ich imieniem obiekty publiczne”. Radni poparli wniosek jednogłośnie podczas sierpniowej sesji. W piątkowej uroczystości na Jasieniu udział wzięli m.in. prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz, prezes Zarządu Wojewódzkiego Ogólnokrajowego Stowarzyszenia Kombatantów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie mjr w st. spoczynku Edmund Popieliński oraz żołnierz 2. Korpusu Polskiego kpt. w st. spoczynku Henryk Bajduszewski. Tablicę z imieniem patrona poświęcił metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź. Do Gdańska nie mogła dziś przyjechać zaproszona na to wydarzenie córka patrona, ambasador RP we Włoszech i San Marino Anna Maria Anders. Na przeszkodzie stanęły obowiązki dyplomatyczne. Podczas uroczystości odczytano list skierowany przez Annę Marię Anders do prezydent Aleksandry Dulkiewicz. „Dziękuję Pani Prezydent oraz Zarządowi Wojewódzkiemu Ogólnokrajowego Stowarzyszenia Kombatantów Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, że postanowiliście uczcić Państwo pamięć mojego Ojca (…) W ten sposób Gdańsk, miasto symbol oporu przeciwko nazizmowi, walki o polskość i niepodległość, odda hołd Generałowi Andersowi i jego żołnierzom, przypominając, że to z ich ofiary zrodziła się dzisiejsza wolna Europa” – napisała córka generała. 22.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Przed miesiącem gdańscy radni zapalili zielone światło dla dużego projektu inwestycyjnego, który w najbliższych latach ma odmienić wizerunek Dolnego Miasta. Rewitalizacja obszaru dawnej zajezdni tramwajowej wraz terenami przyległymi odbywać się będzie w formule partnerstwa publiczno-prywatnego. Kluczowe znaczenie dla realizacji tego projektu miała zgoda Rady Miasta na bezprzetargową sprzedaży kilkunastu działek prywatnemu inwestorowi. W ślad za nią w piątek, podczas konferencji prasowej w Inkubatorze Sąsiedzkiej Energii przy ul. Reduta Wyskok miasto zawarło umowę PPP z konsorcjum GGI Dolne Miasto współtworzone przez przez firmy Euro Styl i Inopa. Pod dokumentem podpisy złożyli prezydent Aleksandra Dulkiewicz, wiceprezydent Piotr Grzelak, skarbnik miasta Teresa Blacharska, prezes spółki Inopa Luiza Gruntkowska oraz prezes spółki Euro Styl Mikołaj Konopka. – Po inwestycjach współfinansowanych z Unii Europejskiej związanych z rewitalizacją, po inwestycjach gminnych związanych z działalnością naszych spółek, na Dolnym Mieście rozpoczną się działania w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Miasto Gdańsk ma duże doświadczenie w realizacji tego typu projektów. Wielu bierze z nas przykład. Dolne Miasto jest kolejnym projektem w ten sposób realizowanym (...) Mamy to szczęście, że obie firmy będące naszym partnerem, czyli zarówno Euro Styl, jak i Inopa, mają korzenie gdańskie. Znają więc miasto i jego klimat. Wierzę, że dzięki tej wiedzy nasze partnerstwo będzie układało się jak najlepiej – mówi prezydent Aleksandra Dulkiewicz.
Partner prywatny zaprojektuje, sfinansuje i zrealizuje na terenie Dolnego Miasta inwestycje publiczne oraz komercyjne, komplementarne do wdrażanych obecnie przez Gdańsk działań rewitalizacyjnych. Ponadto jego obowiązkiem będzie utrzymanie i zarządzanie obiektami celu publicznego przez określony czas. W ciągu 8 lat zagospodarowany zostanie teren o łącznej powierzchni ok. 11 ha. Zgodnie z zapisami planów zagospodarowania przestrzennego i w poszanowaniu wartości historycznych powstanie nowa zabudowa mieszkaniowa, lokale usługowe i handlowe oraz tereny rekreacyjne i zielone, w tym m.in. przedszkole dla 150 dzieci przy ul. Szuwary 2, nowe Centrum Aktywności Lokalnej przy ul. Śluza 3 oraz oraz kompleks sportowy przy Szkole Podstawowej nr 65 (ul. Śluza 6). Dzięki renowacji dawny blask odzyska też kilka zniszczonych i niewykorzystywanych obecnie budynków. Umowa przewiduje ponadto remonty i modernizację dwóch kilometrów dróg i ciągów pieszych oraz rewitalizację i zagospodarowanie ponad 5,5 hektara terenów zielonych. – Wyjątkowe w tym modelu jest to, że w jednym czasie realizujemy naprawdę bardzo duży zakres inwestycji publicznych i prywatnych, w sumie na 39 nieruchomościach. Wykorzystujemy synergię jako potencjał kapitałów wspólnego działania i miasta, i inwestora prywatnego – podkreśla Alan Aleksandrowicz,  zastępca prezydenta Gdańska ds. inwestycji.
Całkowita wartość inwestycji (całego projektu PPP) szacowana jest na nie mniej niż 277 mln zł netto, w tym ok. 51 mln zł netto przeznaczonych zostanie pod realizację inwestycji publicznych. Inwestycje o charakterze komercyjnym powstaną na nieruchomościach, które Miasto Gdańsk sprzeda partnerowi prywatnemu jako swój wkład własny w przedsięwzięcie. – Jako lokalna firma deweloperska z troską patrzymy na rozwój Gdańska i staramy się w nim aktywnie uczestniczyć. Tym bardziej cieszy nas fakt, iż Miasto Gdańsk, wykorzystując formułę PPP, dba o reinwestowane środków pozyskanych z terenów inwestycyjnych Dolnego Miasta, właśnie na tym obszarze. Innymi słowy, że pieniądze z działek na Dolnym Mieście przeznaczonych pod zabudowę, wrócą do mieszkańców Dolnego Miasta w postaci terenów rekreacyjnych, kompleksu sportowego, przedszkola, wyremontowanych nabrzeży i wielu innych udogodnień. Z szacunkiem podchodzimy także do lokalnej społeczności i historii tego wspaniałego miejsca – mówi Mikołaj Konopka, prezes spółki Euro Styl, członek zarządu Dom Development S.A. Inwestor zapowiada, że projekty poszczególnych inwestycji będą konsultowane z przedstawicielami mieszkańców Dolnego Miasta. – Duża świadomość i zaangażowanie mieszkańców to wartość dla tego projektu, a my jesteśmy otwarci na rozsądny dialog. Muszę powiedzieć, że osobiście z wielką przyjemnością przystępuję do pracy nad tym przedsięwzięciem. Z perspektywy inwestora mam jednak świadomość bardzo kosztownego procesu realizacji całej inwestycji, w szczególności z uwagi na trudne warunki gruntowe – dodaje Luiza Gruntkowska, prezes spółki Inopa. 22.11.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Otylia Jędrzejczak przez lata gościła na pierwszych stronach gazet, bijąc pływackie rekordy i zdobywając medale na najważniejszych sportowych imprezach globu. W 2005 roku jej światem wstrząsnął wielki osobisty dramat. Spowodowała wypadek, w którym zginął jej młodszy brat Szymon. Życie mistrzyni zamieniło się w koszmar. Choć nic już nie było potem takie jak w najszczęśliwszych chwilach, walczyła o swoją przyszłość. Przetrwała najgorsze i powróciła – do świata żywych, do sportu i na mistrzowskie podium. Karierę zakończyła pięć lat temu. Wszystko, co było dla niej najważniejsze, zapisywała w pamiętnikach, pisała także wiersze i listy do brata. Teraz dzieli się swoim życiem na kartach ponad 300-stronicowej autobiografii. Książka „Otylia. Moja historia” (Wydawnictwo SQN) autorstwa wielkiej sportsmenki oraz dziennikarzy sportowych Pawła Hochstima i Pawłem Skraby właśnie trafia do księgarń. Oficjalna premiera zaplanowana jest na 27 listopada. W gdańskim salonie Empik Galeria Bałtycka można było nabyć ją już dzisiaj, a okazją ku temu było przedpremierowe spotkanie z mistrzynią olimpijską, które poprowadziła Iwona Demska, dziennikarka Radia Gdańsk. W kolejce po dedykację i autograf Otylii Jędrzejczak czekało w czwartek wielu nastoletnich i adeptów pływania. Byli też młodsi, były wspólne zdjęcia i inne cenne zdobycze, jak choćby różowy czepek z podpisem mistrzyni. A to wszystko z ważnym przesłaniem. – Wiele przeszłam, przeżyłam dramatyczne chwile, ale udało mi się znaleźć w sobie siłę, by iść dalej. Wierzę, że moja historia doda siły ludziom, którym wydaje się, że ich życie się zawaliło, że pomoże im przezwyciężyć trudności – mówi Otylia Jędrzejczak. 21.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
24 listopada minie 25 lat od tragicznego pożaru hali Stoczni Gdańskiej. W jednej z największych tragedii w powojennym Gdańsku życie straciło siedem osób. Ponad 300 fanów muzyki, którzy bawili się tego dnia na koncercie zespołu Golden Life, a w planach mieli jeszcze wspólne oglądanie transmisji z ceremonii rozdania nagród MTV, uległo poparzeniom. W większości ofiarami tragedii byli uczniowie szkół podstawowych i średnich. Wciąż pamiętają, że „życie choć piękne, tak kruche jest”. Sprawców cierpienia nigdy nie poznali. Podpalaczom udało się zachować anonimowość. Kary za nieumyślne spowodowanie tragedii spotkały kierownika hali (dwa lata więzienia w zawieszeniu na 4 lata) i dwóch organizatorów koncertu z Agencji Reklamowej FM (rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata). Proces karny, jeden z najdłuższych w historii naszego sądownictwa, toczył się 16 lat. W kwietniu 2013 roku Sąd Apelacyjny w Gdańsku orzekł, że organizatorzy nie zapewnili uczestnikom wydarzenia bezpieczeństwa. – Zaniechali jakichkolwiek działań w celu otwarcia drzwi ewakuacyjnych – podkreślał w uzasadnieniu sędzia Krzysztof Ciemnoczołowski. – Hala być może nie była idealna, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to było dość dawno i inne czasy, ale opinie biegłych są bezlitosne: gdyby drzwi ewakuacyjne były otwarte, to nawet z tak niedoskonałej hali można się było uratować – ocenił sąd. W tamten czwartkowy wieczór setki spanikowanych nastolatków znalazło się w płonącej pułapce.
Poparzeni ludzie tratowali się wzajemnie, próbując wydostać się sali koncertowej głównym wejściem. Dwie z czterech dróg ewakuacyjnych były zamknięte na kłódkę. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Płomienie wędrujące po drewnianych trybunach i kurtynie sięgały już sufitu. Kiedy zgasło światło, wybuchła panika. Tłum smagany gorącym powietrzem i dymem parł w stronę jedynego znanego sobie wyjścia, napotykając na drodze ucieczki kolejne przeszkody. Najpierw były schody – pięć stopni prowadzących w górę, dalej drzwi z zamkniętym głównym przejściem i otwartymi skrzydłami bocznymi. Ludzie znajdujący się na czele grupy zostali przyparci do zapory, nie mogli wykonać żadnego ruchu. W lepszej sytuacji byli ci, którzy przesuwali się do wyjścia, pozostając z boku tłumu. Wypchnięci skrajnymi przejściami wpadali na schodki prowadzące w dół. Wielu z nich traciło tu równowagę i upadało. Po nich przechodzili następni. Przed sobą mieli już główne wyjście, ale tylko ci, którym los wyznaczył miejsca w środkowej części tłumu. Boczne przejścia blokowały kraty pozamykane na kłódki...
„Nielicznym udało się bez uszczerbku pokonać swoisty slalom zgotowany przez organizatorów koncertu. O leżących potykali się następni. Rosnący stos był przypierany do zamkniętych drzwi bocznych. Wielu leżących ludzi tłum wypychał przez otwarte główne drzwi, a potem tratował na płytach chodnika, przypierając do podmurówki i siatki ogrodzenia. Od strony głównego wyjścia z hali prowadzącego na chodnik o szerokości około 2,5 m, ograniczony z jednej strony murem stoczniowym, z drugiej zaś podmurówką i płotem z siatki rozpiętej na stalowych ramach, znajdowało się wysokie na 1,5 m kłębowisko ludzi (…) Za tym stosem szamotali się ludzie, którzy w panice usiłowali znaleźć wyjście z ogniowej pułapki. Część z nich gołymi rękami próbowało wyrwać rozsuwane skrzydła boczne bramy wejściowej – zamknięte na kłódkę – zbudowane z mocnych, stalowych krat (...) Po rozebraniu stosu ludzi na chodniku okazało się, że pod murkiem ogrodzenia leży kilkunastoletnia dziewczyna. Nienaturalne skręcenie ciała kazało przypuszczać, że jest połamana i ma uszkodzony kręgosłup. Po przeniesieniu ofiary na trawnik, lekarz stwierdził zgon” – czytamy w raportach Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Gdańsku z tragicznego pożaru hali Stoczni Gdańskiej. 13-letnia Dominika było jedną z dwóch ofiar, które poniosły śmierć na miejscu tragedii. Przy ul. Jana z Kolna zginął także Wojciech Klawinowski, operator telewizji Sky Orunia. Wrócił do płonącej hali, by wynieść z niej sprzęt telewizyjny. W wyniku ciężkich obrażeń w szpitalach zmarło pięć osób. Wśród nich było dwóch ochroniarzy, którzy wynosili z płonącej hali nieprzytomne osoby.

Największe powojenne katastrofy na obszarze dzisiejszego województwa pomorskiego zdarzyły się w Gdańsku.

2 maja 1994 r. – katastrofa autobusu PKS w Gdańsku-Kokoszkach: 32 ofiary śmiertelne, 45 rannych;
17 kwietnia 1995 r. – wybuch gazu w wieżowcu przy alei Wojska Polskiego w Gdańsku: 22 ofiary śmiertelne;
13 grudnia 1961 r. – pożar na statku MS Maria Konopnicka w Stoczni Gdańskiej: 22 ofiary śmiertelne;
18 czerwca 1980 r. – eksplozja na tuńczykowcu B-406 w Stoczni Północnej w Gdańsku; 18 ofiar śmiertelnych, 10 rannych;
1 sierpnia 1975 r. – katastrofa promu na Motławie w Gdańsku: 18 ofiar śmiertelnych;
1 lutego 1976 r. – wybuch gazu przy ul. Struga w Gdańsku: 17 ofiar śmiertelnych, 11 rannych;
24 listopada 1994 r. – pożar w hali Stoczni Gdańskiej: 7 ofiar śmiertelnych, ponad 300 rannych.
21.11.2019 / KFP
„Supernova” Bartosza Kruhlika to utrzymana w realistycznym stylu, obyczajowa opowieść balansująca na granicy dramatu, thrillera i kina katastroficznego. Miało jej nie być na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, ale po protestach środowiska filmowego film znalazł się w konkursie głównym i zachwycił jurorów. 21 września w gdyńskim Teatrze Muzycznym reżyser i scenarzysta odebrał nagrodę za najlepszy debiut reżyserski. Czas na widzów. Za dwa dni, po dwóch miesiącach od pierwszego sukcesu, film wejdzie na ekrany kinowe. W środę „Supernovu” obejrzeli wspólnie z twórcami klubowicze Gdyńskiej Szkoły Filmowej. Spotkanie w sali Warszawa z Bartoszem Kruhlikiem oraz Jerzym Janeczkiem, filmowym ojcem jednego z trzech głównych bohaterów, poprowadził Jerzy Rados, zastępca dyrektora GSF.
Punktem wyjścia do napisania scenariusza była prawdziwa tragedia na drodze sprzed kilku lat, w której życie straciło wiele osób. – To był wyzwalacz, nie inspiracja. W jednej chwili młody chłopak rozjechał dwie rodziny. Co prawda film w ogóle nie jest o tym – to jest historia fikcyjna – ale to zdarzenie otworzyło mi w głowie jakąś klapkę, że to jest niesamowita przestrzeń na bardzo mocny dramat. To znaczy, że każdy z nas może wyjść z tego budynku i... bęc, czego nikomu nie życzę. To również może się zdarzyć naszym bliskim, albo nigdy może się to nam nie zdarzyć. Inspiracja to za duże słowo, ale ta prawdziwa tragedia tak mnie gotowała i piekła od środka, że musiałem to jakoś wyrzucić na papier – opowiadał po projekcji w GCF Bartosz Kruhlik. Jego film nie ma jednego głównego bohatera. Wiodącymi postaciami są polityk, który chce wygrać wybory – sprawca tragedii (w tej roli Marcin Hycnar), policjant pragnący spokojnie dotrwać do emerytury (Marek Braun) oraz niejaki Michał Matys, mężczyzna, którego najbliżsi giną w wypadku, grany przez Marcina Zarzecznego. Trzech mężczyzn, jedno miejsce i jedna tragiczna chwila, które zmieni ich losy. Oto jesteśmy świadkami wydarzenia, które konfrontuje lokalną społeczność i przybysza z zewnątrz, i w ślad za bohaterami tej historii stajemy przed pytaniem o rolę przypadku i przeznaczenia w życiu każdego z nas. Jaka jest odpowiedź? – Cały czas zastanawiałem się, jak tę historię w ogóle można skończyć. Rozbujaliśmy emocje do granic możliwości, bohater zbiorowy... Jedyne, co mogę zrobić, to dać na chwilę odetchnąć, dać jakąś przestrzeń do myślenia. A przy okazji pomyśleć, o czym to jest dla mnie, po co ja ten film zrobiłem. Zrobiłem go, bo czegoś nie rozumiałem w tej historii. Nie robiłbym go, gdybym znał ją na wylot. Nie rozumiałem, jak to jest, przeżyć taką historię, stracić bliskich na drodze. Nie rozumiałem surrealistycznych emocji, które w człowieku wtedy buzują. Pomyślałem sobie, że w podobną abstrakcję będzie dobrze wskoczyć na koniec, pokazać, że tu się zdarzył jakiś kosmos, ale tak naprawdę pięć metrów dalej ktoś tego w ogóle nie zauważył i może nawet nigdy się o tym nie dowie. Pomyślałem sobie, że to dość zgrabne zamknięcie filmu, które nie jest wykrzyknikiem, tylko wielokropkiem. Ja lubię akurat wielokropki, a nie wykrzykniki – mówi reżyser. 20.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
  • aktualnych propozycji: 12492
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2019 KFP