logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 11866
Kilkuset rowerzystów przejechało w niedziele południe tunelem pod Martwą Wisłą. Taka okazja jest tylko raz w roku – w rocznicę otwarcia najdłuższej podwodnej przeprawy drogowej w Polsce. Pierwszy przejazd rowerowy pod dnem rzeki miał miejsce 23 kwietnia 2016 r. Następnego dnia przejechały tędy pierwsze samochody. – Jesteśmy dumni i z tunelu, i z roweru. Ja dzisiaj przyjechałam na Mevo. To również jest projekt współfinansowany z funduszów unijnych. Życzę gdańszczanom dobrej zabawy... mimo drobnego deszczu – mówiła na starcie niedzielnej przejażdżki prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz. 3. urodziny tunelu nie były jedynym powodem rowerowego spotkania. Dzisiejszym przejazdem Gdańsk rozpoczął oktawę świętowania 15-lecia Polski w Unii Europejskiej. – Pamiętajmy, 1 maja też wiele będzie się u nas działo – dodawała pani prezydent. Rowerzyści wystartowali dziś po godzinie 11 spod Stadionu Energa, by wjechać do tunelu od strony ronda Marynarki Polskiej, a następnie wrócić drugą nitką na miejsce startu. Pod stadionem na uczestników wycieczki czekały dodatkowe atrakcje, a wśród nich m.in. specjalnie zaprojektowane rowery do przygotowania własnego koktajlu, strefa hulajnóg, pokazy akrobatyki rowerowej, warsztaty rolkarskie i pokazy ratownicze. 28.04.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Trzeci dzień Siesta Festivalu należał do Lucibeli. Artystka młodego pokolenia uznawana za objawienie muzyki kabowerdyjskiej zadebiutowała przed polską publicznością, dając w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej od razu dwa koncerty. Lucibela została odkryta przez José da Silvę, tego samego, dzięki któremu świat poznał Cesarię Evorę. Zaczynała w hotelowych barach wysp Sal i Boa Vista, śpiewając właśnie piosenki Cesarii, Titiny, Bany. Jak wszyscy artyści kabowerdyjscy, chciała sprawdzić się w Lizbonie. Przez kilka lat śpiewała tam z zespołem Nos Raiz pod gołym niebem, na starej przystani przy centralnym placu miasta. Ilekroć brzmiał tam jej głos, tłum gęstniał i nie rozchodził się aż do ostatniej piosenki. Z Naszymi Korzeniami nagrała kilka utworów na płytę „Conquistador” (2017 r.). – Było jednak oczywiste, że talent tej miary potrzebuje światowej ekspozycji. Lucibelę usłyszał nieomylny José da Silva, odkrywca Cesarii i właściciel firmy płytowej Lusafrica. Zaprosił ją do studia w Paryżu i znalazł najznakomitszych muzyków na pierwszą autorską płytę. Wkrótce Lucibela pojawiła się na festiwalach i galowych koncertach muzyki kabowerdyjskiej u boku największych – bez wyjątku znanych publiczności Siesy – artystów Luzofonii. Nie ulega wątpliwości, że mamy przed sobą jeden z największych talentów dekady. Pierwszy album – „Laco Umbilical” zwiastuje lata olśnień i wzruszeń. Jesteśmy szczęśliwi i dumni, mogąc właśnie w Gdańsku zaprezentować po raz pierwszy w Polsce głos, który wkrótce zachwyci cały świat – mówi Marcin Kydryński, dyrektor artystyczny festiwalu. 27.04.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Legia podniosła się z kolan i zrobiła w Gdańsku wielki krok do kolejnego tytułu mistrzowskiego. Nie dlatego, że sędzia najważniejszego meczu w sezonie dwukrotnie podejmował kontrowersyjne decyzje z korzyścią dla obrońców korony, po tym jak ci zagrywali w swoim polu karnym piłkę rękoma. To się zdarza nawet najlepszym. W Gdańsku zdarzyło się coś, czego po zespole aspirującym do miana najlepszego nie spodziewali się chyba nawet piłkarze z Warszawy. Lechia była dla nich przewidywalnie trudną zaporą przez 45 (+7) minut. Rozegrała dobrą połowę meczu, udała się do szatni z bramkową zaliczką, a po przerwie... zupełnie zgasła, pozwalając zranionemu rywalowi na odwrócenie losów spotkania, a pewnie też losów tytułu. Ten znowu oddalił się od Gdańska. Na Stadionie Energa Legia po prostu była lepsza.
Lechia Gdańsk – Legia Warszawa 1:3 (1:0). Bramki: Haraslin (17’) – Stolarski (61’), Hamalainen (80’), Medeiros (90’ + 3). Czerwona kartka: Augustyn (89’). Widzów: 25 tys. LECHIA: Kuciak – Nunes, Nalepa, Augustyn, Mladenović – Łukasik (83’ Fila) – Michalak (67’ Żukowski), Kubicki, Lipski, Haraslin (60’ Paixao) – Sobiech.
LEGIA: Cierzniak – Stolarski, Jędrzejczyk, Remy, Rocha (86’ Hlousek) – Martins (86’ Wieteska), Antolić – Kucharczyk (78’ Medeiros), Hamalainen, Szymański – Carlitos. 27.04.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Na deptaku przy wejściu na molo w Brzeźnie spacerowiczów witały dzisiaj Snake, Cynia, Batman i Oliwka. Koty po przejściach ze schroniska „Promyk” były tutaj na wypadzie. Już po raz piąty. „Wypad” to akcja zachęcającą mieszkańców naszego miasta do adopcji tych wspaniałych zwierząt. – Staramy się pokazać , że w schronisku oprócz psów są również koty. Ludzie zwykle kojarzą nas bardziej z psami. I więcej ludzi przychodzi do nas, żeby adoptować pieska. Oczywiście poza miesiącami letnio-jesiennymi, kiedy mamy zatrzęsienie małych kotów, które zwykle cieszą się dużym wzięciem. Koty są słodkie, ale przede wszystkim są wspaniałymi zwierzakami, co widać tu dzisiaj. Oczywiście jest to bardzo skromna kocia reprezentacja. Na wypad zabieramy tylko te koty, które radzą sobie z chodzeniem na szelkach – mówi nam Piotr Świniarski, szef „Promyka”.
W schronisku na właścicieli czeka dziś około 70-80 kotów, ale zaczyna się już okres, kiedy pojawiają się kocięta. Stan liczebny wzrasta wówczas nawet 120-130 osobników. Mimo że „Promyk” może się poszczyć ok. 400 adopcjami rocznie, rotacja futrzaków w schronisku jest tak duża, że potrzeba promowania szlachetnej idei nigdy nie gaśnie. Kociej reprezentacji na deptaku towarzyszyło dziś liczne grono wolontariuszy i pracowników schroniska, którzy chętnie służyli wiedzą na temat warunków adopcji, wolontariatu i opieki nad czworonożnymi pupilami. Można było tutaj m.in. skorzystać z porady, jak w bezpieczny sposób spacerować z kotem na szelkach, a także spróbować smakołyków przygotowanych w kuchni wolontariackiej. Dla dwunożnych były słynne rogaliki pani Małgosi, pizzerinki, babeczki, sernik i kawa, dla czworonożnych – min. suszone kawałki indyczego mięsa oraz kulki z tuńczyka i płatków owsianych. Za poczęstunek można było się odwdzięczyć, wrzucając dar do puszki. Pieniążków w schronisku nigdy nie jest za dużo. – Pomagamy kotom nie tylko poprzez adopcję, wydajemy również bezpłatnie domki dla opiekunów wolno bytujących zwierzaków, a zimą wydajemy karmę – zwykle jest to ok. 17 ton rocznie. Schronisko organizuje także i nadzoruje program sterylizacji wolno bytujących zwierząt. Nasze koty albo przybyły do schroniska chore, albo z wypadków komunikacyjnych, albo po stracie właściciela. W zasadzie nie przyjmujemy dorosłych zdrowych zwierząt. Szacuje się, że wolno bytujących kotów w Gdańsku jest od 30 do 50 tysięcy. Przyjmowanie do schroniska i zamykanie w niewielkiej klatce kota, który radzi sobie na wolności, nie ma sensu – mówi Piotr Świniarski, zapraszając do Gdańska-Kokoszek na ul. Przyrodników 14. 27.04.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Nagrodzony na 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni Złotymi Lwami za scenariusz, kostiumy i najlepszą pierwszoplanową rolę żeńską najnowszy film Jana Jakuba Kolskiego „Ułaskawienie” od kilku tygodni gości na ekranach kin. W piątkowy wieczór ten bardzo osobisty obraz twórcy „Historii kina w Popielawach” miał specjalną projekcję w Gdyńskim Centrum Filmowym. Po pokazie reżyser opowiadał widzom o kulisach pracy nad filmem, poświęcając w niej wiele miejsca swoim najbliższym – babci Hance, dziadkowi Jakubowi i wujowi Wacławowi. Losy rodziny Szewczyków z Popielaw (rodzina ze strony matki Jana Jakuba Kolskiego) wpisane w panoramę losów polskich pierwszych lat po wojnie były w tej pracy dla niego inspiracją.
„Ułaskawienie” to film z o najodważniejszej kobiecie i najodważniejszym mężczyźnie, jakich kiedykolwiek poznał, opowieść o rodzicach zamordowanego żołnierza niezłomnego, przedstawiona z perspektywy ich wnuka – siedemnastoletniego Jana. Rzecz dzieje się w Polsce, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Syn Hanny i Jakuba, żołnierz AK Wacław Szewczyk, pseudonim „Odrowąż”, został rozstrzelany przez funkcjonariuszy UB jesienią 1946 roku. Po serii upokorzeń doznanych ze strony komunistów, którzy zbezcześcili ciało Wacława, Hanna i Jakub postanawiają wyprawić synowi godny pochówek w oddalonej o kilkaset kilometrów Kalwarii Pacławskiej. Podróż rodziców w realiach powojennego dramatu jest metaforyczną wyprawą w głąb ludzkiej duszy i próbą stworzenia na nowo definicji człowieczeństwa w świecie, w którym sąsiedzi zwracają się przeciwko sobie, a nieoczekiwanym sojusznikiem może stać się dotychczasowy wróg. Reżyser, pisząc scenariusz, przez ponad rok odwiedzał czytelnie łódzkiego IPN, by skonfrontować to, co opowiadali mu dziadkowie, z prawdą historyczną. I właściwie nie znalazł tam niczego, co mogłoby go zaskoczyć. Podróż z Popielaw do Kalwarii to jego inwencja twórcza.
– Nie chciałem robić filmu dokumentalnego. Warstwa faktograficzna była taka, że w tej części rodziny miałem po prostu wariatów. Dziadek miał 20 lat, kiedy zostawił babcię w ciąży i pojechał do 1 Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego. On, prosty rymarz, ze wsi Popielawy... A to była elitarna jednostka. Ale świetnie trzymał się w siodle, więc został tam przyjęty. Miał słuszny wzrost – metr sześćdziesiąt. Miał też bardzo silną determinację. Był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej. Brał udział w szarży pod Arcelinem. To wydarzenie odwróciło losy Bitwy Warszawskiej. Dziadek wywalczył nam wolność. On, rymarz z Popielaw, Jakub Szewczyk – cztery klasy szkoły podstawowej, dwa krzyże walecznych. Był jednym z tych trzystu, którzy ruszyli przeciwko 2,5 tys. bolszewików i rozbili ich w pył. To była część Cudu nad Wisłą. A 1 września 1939 roku ten sam dziadek, tym razem już z moim wujem, wówczas 19-letnim, pojechał oczywiście do Warszawy, żeby jej bronić. Wcześniej sprzedał sklep z wyszynkiem na Widzewie w Łodzi – dostał go od Piłsudskiego za zasługi wojenne – a całą rodzinę z wyjątkiem tego najstarszego syna posłał do Popielaw. Właściwie niczego dziwnego nie znalazłem w tych życiorysach, żadnych faktów, które by mnie zaskoczyły. To, że wujo był w AK, to było oczywiste. To, że dziadek był szefem rejonu AK, to było oczywiste. I to, że jak skończyła się wojna, wuj wrócił na studia – na prawo i ekonomię na Uniwersytecie Łódzkim, rozejrzał się po świecie, ten świat mu się nie spodobał, więc poszedł do lasu. To był dla mnie taki zwyczajny los człowieka uwikłanego w tamtą rzeczywistość. Z mojego punktu widzenia zwyczajny los. I oczywiste wybory. To było mniej ciekawe na film. Ale że tak silnie zakorzenione były w mnie te fakty, to dawało mi uprawnienie do tego, żeby móc opowiedzieć tę historię, tę podróż, wymyśloną w jakimś sensie – wyjawia reżyser „Ułaskawienia”. 26.04.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Przenikliwy mistrz słowa, intelektualista przepełniony wielką wrażliwością, prorok, człowiek życzliwy, otwarty, który zawsze z ogromną czułością mówi o żonie i synach, i który nie wyobraża sobie swoich powieści bez Gdańska. Profesor Stefan Chwin obchodzi 70. urodziny. Piękny jubileusz ceniony w świecie powieściopisarz i eseista świętował tego wieczoru z mieszkańcami swojego ukochanego miasta w gościnnych progach Dworu Artusa. – Gdańsk jest obecny we wszystkich moich książkach, ponieważ pomaga mi w pisaniu. Przestrzeń Gdańska, jej znajomość... Z 10 piętra na Morenie widzę panoramę olbrzymią, od Portu Północnego po Władysławowo. Topografię tego miejsca mam bardzo głęboko w sercu. I ona zawsze bardzo mi pomagała w pracy, ponieważ warunkiem pisania powieści jest dobra orientacja w przestrzeni, oczywiście takiej, która nas bardzo grzeje. Byłem niezmiernie uradowany, kiedy podczas mojego tournée po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie znaczna liczbą osób tam mieszkających dowiedział się o tym, że istnieje miasto Gdańsk – z dumą opowiadał jubilat. Jego wykładu „O Pięknie” – o tym, czy nadal idzie ono w parze z dobrem i prawdą, czy też już dawno drogi tych trzech wartości się rozeszły – gdańszczanie słuchali dziś z zapartym tchem.
– „Bo w nieszczęściu potrzebny jakiś ład czy piękno” – te słowa poety Stefan Chwin uznaje za swój artystyczny manifest. Nie jest przypadkiem, że słowo piękno to jeden z kluczy do jego twórczości. Nie tak dawno zobaczyliśmy je w tytule kolejnego eseju autobiograficznego: „Zwodnicze piękno” – podkreślał profesor Andrzej Zawada z Uniwersytetu Wrocławskiego, znawca prac Chwina, autor laudacji na jego cześć. Urodzinowym prezentem dla wszystkich uczestników uroczystości był odnowiony „Hanemann”, najgłośniejsza powieść jubilata. Pierwszy egzemplarz ekskluzywnego wydania przygotowanego przez wydawnictwa Tytuł i Oficyna Gdańska, ilustrowanego zdjęciami dobranymi przez Stefana Chwina i jego żonę Krystynę, trafił oczywiście w najgodniejsze ręce. A właśnie: esej czy powieść? Co woli pan profesor? – Wypowiadam się w różnych formach. Wypowiadam się też wtedy, gdy mnie proszą o to. Nie jestem z ducha człowiekiem publicznym. Moja mama zawsze mówiła: „kiedy ktoś pyta uprzejmie, to odpowiadaj”. No i odpowiadam. To jest właściwie sekret mojej aktywności publicystyczno-publiczno-politycznej – wyjawił bohater spotkania. Polityka... Pasjonuje się nią, ale jest to wyłącznie pasja przenikliwego humanisty („Politycy, którzy wierzą w to, że człowiek jest istotą racjonalną, przegrywają”). W 2013 roku, poproszony przez dziennikarza jednej z gazet, przewidział, co będzie w 2015 roku. Przewidział rzeczy, które wcale go nie cieszyły. Nie wie, jak to zrobił. – Po prostu odsłoniła się przede mną tajemnica – usłyszeliśmy. A kto wygra najbliższe wybory? – Jak ktoś z państwa będzie chciał wiedzieć, to – proszę – niech do mnie podejdzie – powiem tak na boku. Mówić o tym głośno – nie wiem – chyba nie powinienem – wyznał jubilat. Nie skorzystał również z „uprzejmego zaproszenia do kompromitacji”, jakim było dla niego pytanie o tytuły nieprzeczytanych książek. Dowiedzieliśmy się jedynie, że pan profesor niegdyś próbował usilnie przeczytać „Koran”, ale niestety nie dobrnął do końca. („Książek, których nie przeczytaliśmy, jest zawsze więcej aniżeli tych, które przeczytaliśmy. I ja mam zawsze wyrzuty sumienia dotyczące tej sprawy”).
– Nie wiem, czy sprowadził pana do Gdańska palec boży, tajemnicza ręka czy ślepy los. Stało się najlepiej, jak mogło się stać, dla tożsamości nas, gdańszczan, dla pamięci, dla wspólnoty, dla literatury i dla nauki. Wielkim honorem dla Gdańska jest mieć takiego obywatela. Trudno uwierzyć, że świętujemy siedemdziesiąte urodziny, zdajesz się bowiem być wieczny, jakby poza czasem – mówiła podczas uroczystości prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz. Przywołała też swoje prywatne wspomnienie z licealnych czasów, gdy spotykała profesora w tramwaju. – Już wtedy patrzyłam na pana z onieśmieleniem. Panie profesorze, należą ci się wyrazy uznania za stawiane trudne pytania. Uporczywie pytasz, czym jest prawda, czy ze zła może wynikać dobro, gdzie się kończy wolność. Dziękujemy – dodała Aleksandra Dulkiewicz, wręczając profesorowi nagrodę prezydenta miasta. Tego wieczoru Stefan Chwin został również laureatem medalu marszałka województwa pomorskiego w podziękowaniu „za wiele lat twórczej aktywności pisarza, myśliciela, badacza i nauczyciela”.
– To wszystko, co dzisiaj przeżywam, jest jak sceny ze snu. Przypomina mi się 7-letni chłopiec, który chodził ulicą Długą i patrzył z podziwem na Dwór Artusa. W najśmielszych przewidywaniach nie pojawiła się taka scena, w której w tej chwili uczestniczę, która jest jedną z najpiękniejszych scen mojego życia. A to dzięki państwu, dzięki państwa obecności. Na tej sali widzę osoby, które są żywymi wzorami niektórych moich powieści. Cieszę się, że właśnie te osoby są tutaj wśród nas. Nie zdradzę, o kogo chodzi, ale mój wzrok pada na te osoby – dziękował swoim gościom solenizant. W podziękowaniach była też specjalna, bardzo osobista dedykacja... – Chodzi o ważnego uczestnika naszej dzisiejszej uroczystości, który – jak mi się zdaje – towarzyszy nam w tej chwili. Myślę o prezydencie Pawle Adamowiczu. Mówię o tym dlatego, że była taka chwila, kiedy razem szliśmy Targiem Węglowym i pan prezydent powiedział do mnie z żartobliwym uśmiechem: „Panie profesorze, urządzimy panu 70-lecie”. I poniekąd to, co się dzisiaj właśnie dzieje, jest jakby przedłużeniem tych słów i przedłużeniem jego obecności tutaj. Bardzo jestem też wdzięczny, że tę naszą uroczystość zaszczyciła żona pana prezydenta. To dla mnie ważna chwila w życiu i chciałbym podziękować za wielki trud włożony w organizację dzisiejszego wydarzenia przede wszystkim pani prezydent Gdańska, pan dyrektorowi Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotek Publicznej Jarosławowi Zalesińskiemu, a także zespołowi Nadbałtyckiego Centrum Kultury – podkreślał profesor Chwin. 26.04.2019 / fot. KFP
Mayra Andrade debiutowała na Siesta Festivalu w 2014 roku. Był to jej czwarty występ w naszym kraju. Zainteresowanie jej muzyką i przebojami z najnowszej płyty „Lovely Difficult” było tak wielkie, że w jeden wieczór dała dwa koncerty. Po pięciu latach powraca do Polskiej Filharmonii Bałtyckiej i siestowych słuchaczy z kolejnym świeżym albumem zatytułowanym „Manga”. Płyta miała światową premierę na początku lutego tego roku. Artystka nagrywała ją w wielu miejscach, przeważnie z francuskimi artystami, sama zresztą często i chętnie pomieszkuje w stolicy Francji – to po Lizbonie jej drugi dom. A jej obecna muzyka to nowoczesny konglomerat rytmów i odniesień do Wysp Zielonego Przylądka, Afryki, Portugalii i klubów Paryża.
Mayra przyszła na świat w Hawanie, w rodzinie o afrykańskich korzeniach, wychowywała się na Wyspach Zielonego Przylądka, w Angoli i Senegalu. – Jak żadna z równie utalentowanych i wielbionych w Sieście koleżanek, lubi chadzać własnymi ścieżkami. Kosmopolitka, co słychać natychmiast w jej muzyce, w której przenika się wiele wątków. Jej zmysłowy alt w duecie „Alfama” z mistrzem fado Pedro Moutinho jest do dziś jednym z najczęściej słyszanych głosów w Sieście – przedstawia Mayrę Andrade Marcin Kydryński, pomysłodawca i dyrektor artystyczny Siesta Festivalu. 26.04.2109 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Marcio Faraco od dziecka grał na gitarze, już jako nastolatek pisał piosenki i śpiewał je w Rio de Janeiro. Artysta, choć pochodzi z Brazylii, odkryty został we Francji. Jego świat to delikatne brzmienia. – Zmysłowe, nieomal wpół szeptane, ujmujące melodie Faraco to prawdopodobnie najbardziej delikatna i czuła muzyka, jaką kiedykolwiek słyszeliśmy na Gdańsk Lotos Siesta Festival – zachwala Marcin Kydryński. Jego pierwszy album dla koncernu Universal, „Ciranda”, szybko osiągnął zawrotną jak na debiut w tym gatunku muzyki liczbę 60 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Kolejnych siedem płyt z autorskimi piosenkami wielkiej urody olśniewało entuzjastów muzyki brazylijskiej na całym świecie. Na ostatniej, „Cajueiro”, Marcio – mieszkając już we Francji na stałe – wplata wątki paryskie, śpiewa po francusku, zaprasza akordeonistę, kłania się tradycji jazzu „manouche”. 26.04.2109 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Malarka Beata Ewa Białecka, aktorka Dorota Kolak i muzycy formacji NeoQuartet - Karolina Piątkowska-Nowicka, Paweł Kapica, Michał Markiewicz i Krzysztof Pawłowski zostali laureatami Gryfów Pomorskich za wybitne kreacje artystyczne 2018 roku. Wielką Pomorską Nagrodę Artystyczną za całokształt osiągnięć otrzymał profesor Maciej Świeszewski, malarz i rysownik, autor słynnej trójmiejskiej „Ostatniej wieczerzy”. Z tytułu Pomorskiej Nadziei Artystycznej przyznawanego twórcom w wieku do 35 lat cieszył się tym razem dyrygent Maciej Banachowski. Honorowy tytuł Mecenasa Kultury przypał firmie Kegar z Kępic docenionej za wspieranie działań Muzeum Pomorza Środkowego, a także za współfinansowanie 52. Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku. Prestiżowe nagrody samorządu województwa pomorskiego w dziedzinie kultury wręczono już po raz dwudziesty. Wyboru dokonała kapituła,w skład której wchodzą przedstawiciele samorządu, stowarzyszeń i związków twórczych, szkół wyższych i artystycznych, mediów, organizacji pozarządowych oraz liczne już grono laureatów PNA z lat poprzednich. Galę w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej uświetnił koncert orkiestry pod batutą George'a Tchitchinadze. Solistą wieczoru był wykładowca Akademii Muzycznej w Gdańsku, pianista Kordian Góra. 25.04.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Wszystko zaczęło się w 2011 roku od 10. urodzin radiowej „Siesty”. Marcin Kydryński chciał z tej okazji pójść dalej ze swoim królestwem luzofonii, dodając audycji festiwalowych skrzydeł. Od tamtej pory co roku przez kilka wiosennych dni w Gdańsku nad Motławą rozbrzmiewa muzyka świata. Festiwalową tradycją stały się także Noce Fado. Tym razem do lizbońskiej tawerny urządzonej w Sali Kameralnej Filharmonii Bałtyckiej miłośników gatunku zaprasza Marco Rodrigues, rezydent i szef artystyczny słynnej Café Luso, nominowany do Grammy, zwycięzca Wielkiej Nocy Fado w lizbońskim Coliseu, utytułowany nagrodą im. Amalii w kategorii „Objawienie”, zaproszony do grona największych fadistów na płytę duetów legendarnego Carlosa do Carmo. Ktokolwiek ceni współczesne, wyrafinowane fado podane z ujmującą, wzruszającą prostotą, bez patosu, ale z fenomenalną muzykalnością, będzie w te gdańskie wieczory po prostu szczęśliwy. Kolejne spotkania z muzyką Marco Rodriguesa w gdańskiej „Café Luso” w piątek i sobotę o godzinie 22. 25.04.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
  • aktualnych propozycji: 11866
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2019 KFP