logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 11233
Premier Mateusz Morawiecki i prezes Jarosław Kaczyński wspierają dziś kampanię samorządową Prawa i Sprawiedliwości na Pomorzu. Późnym popołudniem partyjni liderzy spodziewani są w gdańskim Centrum Wystawowo-Kongresowym AmberExpo, gdzie o godz. 18 rozpoczyna się wojewódzka konwencja wyborcza. Mowa będzie m.in. o przemyśle stoczniowym oraz inwestycjach drogowych i kolejowych. Wcześniej prezes Rady Ministrów spotkał się na skwerze Kościuszki w Gdyni z kandydatem na prezydenta miasta i posłem PiS Marcinem Horałą. Podczas spaceru politycy rozmawiali o pomyśle zarządu gdyńskiego portu na nowe zagospodarowanie terenów po Dalmorze, o problemie braku mieszkań komunalnych w mieście oraz zmianach zachodzących w Stoczni Marynarki Wojennej. – Z urzędującym prezydentem ciężko się porozumieć. Mam nadzieję, że będzie nowy gospodarz w Gdyni. Marcin Horała prezentujący spójne podejście do Gdyni może być pewny mojego pełnego poparcia – powiedział w czasie spotkania premier Morawiecki. 21.09.2018 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
W czwartek publiczność 43. FPFF po raz pierwszy oglądała „Zabawę zabawę” Kingi Dębskiej oraz „Eter” Krzysztofa Zanussiego. Oba obrazy rywalizują o najważniejsze nagrody. Twórca „Iluminacji” i dwukrotny zdobywca Złotych Lwów powraca do konkursu głównego i do Gdyni w ogóle po dłuższej przerwie, sięgając do absolutnej klasyki. Film jest próbą reinterpretacji mitu Fausta Goethego. Zanussi, pochylając się po raz kolejny nad złożonością natury człowieka i toczącą się w jego duszy walką dobra i zła, opowiada historię wojskowego lekarza, który prowadzi eksperymenty medyczne na początku XX wieku, by zyskać władzę nad ludźmi. Eter w jego filmie jest, jak sam przyznaje, pierwszym krokiem na drodze pozbawienia człowieka wolnej woli, a hipoteza o tym, że wypełnia przestrzeń kosmiczną, daje bohaterowi płonną nadzieję na władzę nad całym światem. – Tak naprawdę chciałem to opowiedzieć, i w tym momencie wydawało mi się, że czas jest do tego stosowny. Może dlatego, że żyjemy w czasach, kiedy scjentyzm jest bardzo powszechny, tzn. jest prawie powszechną religią. Wierzymy, że nauka rozwiąże nasze problemy. A tymczasem nauka przeżywa ogromną przemianę – myślę o naukach ścisłych, tych, które mi są bliskie – i właśnie pokazuje świat zupełnie inaczej niż to się powszechnie wydaje. Dlatego poczułem, że ten temat jest wart napomknienia. A mity, jak to mity, trwają wiecznie, więc Fausta zawsze można zrobić. Dla naszego kręgu kultury jest ciągle aktualny. On jest swoisty dla Europy i za to go lubię – mówił po projekcji reżyser, scenarzysta i producent „Eteru”. Do dystrybucji film wejdzie 30 listopada.
Nieco później, 4 stycznia 2019 r. w kinach pojawi się „Zabawa zabawa” Kingi Dębskiej. Najnowsze dzieło twórczyni hitu „Moje córki krowy” – obrazu, który połączył sukces komercyjny z artystycznym, zdobywając najważniejsze nagrody FPFF przed trzema laty – opowiada o wysoko funkcjonujących alkoholiczkach. W trzy kobiety znajdujące się na różnych etapach życia i nałogu wcielają się Agata Kulesza, Dorota Kolak i Maria Dębska. Scenariusz "Zabawy zabawy" powstał we współpracy z Miką Dunin, blogerką i autorką książki „Alkoholiczka”. Zdaniem krytyków, film Dębskiej ma wszelkie dane ku temu, by dać początek poważnej rozmowie na temat alkoholizmu w Polsce. Zapytana o wymowę filmu, reżyserka mówi o pewnego rodzaju społecznym przyzwoleniu na męskie picie i piętnowaniu kobiecego nałogu, które prowadzi do ukrywania przez alkoholiczki swojego problemu przed otoczeniem. – Nasze, polskie, wschodnie picie, jest specyficzne. Na Zachodzie problem alkoholizmu jest dużo bardziej przepracowany. Tam nie ma wstydu, kiedy kobieta przyznaje, że nadużywa alkoholu. W Polsce najczęstszą reakcją jest za to: „No co ty? Nie przesadzaj. Jaką ty niby jesteś alkoholiczką?” – zauważa Kinga Dębska. – Uważam, że to jest bardzo ważne, że alkoholicy mają w tym filmie nasze twarze. To nie jest problem typowy dla jednego środowiska, w każdej branży pojawiają się ludzie uzależnieni. Żyjemy w czasach ogromnych możliwości, ale i wielkiego napięcia. Wielu z nas nie potrafi nadążyć za tym zabójczym tempem i płacimy za to wysoką cenę – dodaje Agata Kulesza, filmowa 40-letnia prokurator Dorota, która pije. „żeby nie zwariować”. 20.09.2018 / fot. Konrad Kosyvarz / KFP,Maciej Kosycarz / KFP, Krzysztof Mystkowski / KFP, Mateusz Ochocki / KFP, Anna Bobrowska / KFP
Sprawy polityki mieszkaniowej miasta, planowanej budowy nowej ulicy Wyzwolenia oraz uciążliwego sąsiedztwa spalarni odpadów niebezpiecznych Port Service zdominowały czwartkowe spotkanie ubiegającego się o reelekcję prezydenta Pawła Adamowicza (KWW Wszystko dla Gdańska) z mieszkańcami Nowego Portu. Większość pytań dotyczyła kwestii mieszkaniowych. Kilkakrotnie na chodniku przy skrzyżowaniu ulic Marynarki Polskiej i Wolności usłyszeć można było o wyremontowanych mieszkaniach komunalnych, które... stoją puste. Niektóre latami. – Dlaczego młodzież nie dostanie tych mieszkań, tylko ucieka z Nowego Portu? – pytała jedna ze starszych mieszkanek dzielnicy. – Mieszkania są ładne, wyczyszczone. Na mojej ulicy jest sześć takich pustostanów – dodawał pan w średnim wieku. – Mogę państwu podać przykłady co najmniej dwudziestu rodzin, które konsekwentnie odmawiają kolejnych mieszkań. Moi współpracownicy muszą być wobec nich cierpliwi. Mamy jednego giganta, który odmówił 15 mieszkań. Oni blokują kolejkę oczekujących. Nie można ich skreślić, co powoduje, że tak naprawdę wytwarzają się dwie kolejki, jedna realna i druga złożona właśnie z tych, którzy odmawiają i blokują innych – tłumaczył prezydent Adamowicz. W odpowiedzi usłyszał, że jeśli nie można wybrednych kolejkowiczów skreślić, to należy ich przesunąć na koniec kolejki, tak jak dzieje się w innych miastach, np. w Słupsku. – Koło jadłodajni przy ul. Na Zaspę jest mieszkanie, gdzie umarła kobieta. Mieszkanie stoi dwa lata puste. Mogę panu podać czterdzieści takich pustostanów – przekonywała jedna z mieszkanek. – Proszę je spisać na kartce. Jutro jest piątek, więc może na poniedziałek. Dostanie pani ode mnie osobistą nagrodę. Stoi? Umawiamy się na 40 adresów – zaproponował Adamowicz. – Stoi – usłyszał w odpowiedzi.
– Co będzie z kamienicami zabytkowymi? Remont elewacji jest bardzo drogi, wspólnoty na to nie stać – mówiła mieszkanka budynku nr 5 przy ul. ks. Góreckiego. – Jeżeli kamienica jest wpisana do rejestru zabytków, możecie jako wspólnota dostać od miasta bezzwrotną dotację na remont części wspólnych, czyli dachu, fasady, klatki czy ocieplenia. Wydajemy ok. 3 mln zł rocznie na zabytki niemiejskie. Termin składania wniosków mija w październiku albo w listopadzie. Zarządca budynku powinien zwrócić się do miejskiego konserwatora zabytków przy Wałach Jagiellońskich 1... – wyjaśniał prezydent. – Byliśmy tam i dostaliśmy odpowiedź, że mamy sobie wziąć kredyt. Dzisiaj przyszło od was pismo w tej sprawie – dodawała zainteresowana kobieta. – Podejrzewam, że nie jesteście w rejestrze i dlatego taka jest odpowiedź. Ale sprawdzimy to. Jeżeli to jest zabytek, dostaniecie dotację bez problemu, tylko trzeba ten remont etapować – zadeklarował prezydent Gdańska.
– Dlaczego budynki komunalne nie są remontowane? Mieszkam już ponad 30 lat... – dociekał jeden z mieszkańców. – Odpowiedź jest bardzo prosta. Koncentrujemy się na remontach mieszkań, a nie mamy pieniędzy na remontowanie budynków. – Tak, tylko że do tych wyremontowanych mieszkań wchodzi wilgoć – kontynuował rozmówca. – Nie ma na to żadnych tanich kredytów. Problem polega na tym, że państwo polskie nie ma żadnej polityki mieszkaniowej. Każdy kolejny rząd zmienia to, co zrobił poprzedni. Rząd lewicowy wymyślił towarzystwa budownictwa społecznego, zresztą bardzo dobrze. Myśmy zaczęli budować. Przyszedł następny rząd, wysadził to w powietrze, przyszedł kolejny i znowu coś zmienił. Budujemy w TBS-ach 300, niekiedy 400 mieszkań rocznie. Dostajemy kredyty, ale to wszystko jest sinusoida. Jak pan pojedzie do Łodzi czy Warszawy, tam jest to samo. Gdybyśmy się umówili z gdańszczanami – tylko nie wiem, czy gdańszczanie by się na to umówili – że przez pięć lat nie zajmujemy się drogami i zajmujemy się tylko budynkami komunalnymi, to byśmy to zrealizowali... No ale nikt tego nie zaakceptuje, bo ci, którzy są we wspólnotach mieszkaniowych, powiedzą: „A co to nas obchodzi!?” – wyjaśniał Paweł Adamowicz. Gorzką prawdę w czwartkowe popołudnie można było osłodzić sobie „Pawełkiem” (toffi, adwokatowym lub śmietankowym). Oficjalnym baton tak udanych dla Gdańska piłkarskich mistrzostwa EURO 2012 filuternie wszedł do gry wyborczej. – Kiełbaska to już przeżytek – komentował jeden z mieszkańców, częstowany słodkościami przez sztabowców KWW Wszystko dla Gdańska. Jutro o 7 poranna drożdżówka z Pawłem Adamowiczem na pętli tramwajowej w Oliwie. 20.09.2018 / fot. Paweł Marcinko / KFP
Premierowe pokazy trzech filmów z Konkursu Głównego otwierały program trzeciego dnia 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Widzowie zobaczyli w środę „Krew Boga” w reżyserii Bartosza Konopki, „Wilkołaka” Adriana Panka oraz „7 uczuć” Marka Koterskiego, a w nich Michała Koterskiego, syna reżysera, który jako Adaś Miauczyński – dobrze znany miłośnikom kinowej tragikomedii, neurotyczny, przegrany polski inteligent – powraca do traumatycznych czasów szkolnych, by jeszcze raz zmierzyć się z nieumiejętnością identyfikowania i nazywania towarzyszących mu emocji. Na tytułowe siedem uczuć składają się strach, smutek, wstyd, zazdrość, złość, wstręt i radość. Koterskiemu opowiadanie o Adasiu przychodzi z wielką łatwością, bo po raz kolejny mówi widzom o sobie samym, o swoich traumach i przemyśleniach. Reżyser zastosował w swoim najnowszym filmie ciekawy chwyt, obsadzając w rolach dzieci dorosłych aktorów. Na ekranie pojawiają się m.in. Marcin Dorociński, Katarzyna Figura, Gabriela Muskała czy Robert Więckiewicz. Na konferencji prasowej po pokazie premierowym Marek Koterski wyznał, że „7 uczuć” to najważniejszy film w jego karierze. – Nie ujmując niczego moim poprzednim filmom, bo wszystkie robiłem ze wszystkich sił i wszystkie kocham jak dzieci, po raz pierwszy mam poczucie szczęścia. I mam dwa życzenia: żeby ten obraz się spodobał moim aktorom najukochańszym, którzy współtworzyli ten film, i żeby się spodobał widzom – powiedział reżyser o swojej podróży do niełatwego dzieciństwa. – Zawsze staram się zaryzykować wszystko w kolejnym filmie. Postawić stopę na niezdeptanej trawie. Czy w coś nie wdepnę, czy będzie grunt w miarę pewny, ja tego nie wiem. Tutaj wydał mi się ten tzw. pomysł najbardziej ryzykownym przedsięwzięciem w życiu (...) Były takie momenty, które przyczyniły się do obsadzenia w rolach dzieci dorosłych gwiazd. Przy kręceniu w jednym z wcześniejszych filmów sceny z naprawdę małym chłopcem postanowiłem sobie, że nigdy więcej dzieci nie zaangażuję do filmu. To jest po prostu nieludzkie i powinno być prawnie zabronione. Co innego aktorzy, którzy z całą świadomością podejmują ten zawód, ryzyko ekspiacji, ryzyko ekshibicjonizmu uczuciowego i wszystkich kosztów z tym związanych, a co innego kazać grać to dziecku (…) Miałem poczucie, że zrobiliśmy coś więcej niż film, że aktorzy wnieśli taką nadwartość, jakiej się nawet nie spodziewałem. Poprzednio przynosiłem film w walizce na plan, mówiąc umownie. Uważałem, że najlepiej przekażę intencje, jeżeli pokażę w sposób przerysowany, jak ja to widzę. Tutaj, gdy zorientowałem się, że pozyskałem zespół gwiazd, po raz pierwszy pomyślałem: „Co ja będę im pokazywać, jak mają grać? To oni mogą mi pokazać” – opowiadał o pracy nad „7 uczuciami” Marek Koterski. 19.09.2018 / fot. Anna Bobrowska / KFP, Anna Rezulak / KFP, Mateusz Ochocki / KFP, Maciej Kosycarz / KFP
Premierowe pokazy „Kleru” Wojciecha Smarzowskiego oraz „Ułaskawienia” Jana Jakuba Kolskiego były jednymi z najbardziej oczekiwanych wydarzeń drugiego dnia 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Oba obrazy walczą o laury Konkursu Głównego. Po wtorkowych projekcjach w widzami i dziennikarzami rozmawiali także twórcy takich filmów jak „Kamerdyner” w reżyserii Filipa Bajona, „Autsajder” Adama Sikory, „Dziura w głowie” Piotra Subbotki, „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej czy „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego. Polskie kino w Gdyni obecne jest nie tylko na ekranach, ale również w świecie książki i w przestrzeniach wystawienniczych. Jak co roku święto filmowców stanowi okazję do zaprezentowania szerszej publiczności najnowszych wydawnictw poświęconych kinematografii. Większość spotkań autorskich odbywa się w Galerii Gdyńskiego Centrum Filmowego. We wtorek z czytelnikami spotkali się tutaj Magda Grzebałkowska, autorka książki pt. „Komeda. Osobiste życie jazzu”, oraz Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, którzy w publikacji zatytułowanej „Andrzej i Krystyna. Późne obowiązki” opowiadają o najbardziej twórczym polskim małżeństwie, Andrzeju Wajdzie i Krystynie Zachwatowicz. W Multikinie promocję miała książka „Kieślowski. Zbliżenie” Katarzyny Surmiak-Domańskiej. Gośćmi spotkania, które poprowadziła Grażyna Torbicka, byli operator filmowy Sławomir Idziak, reżyser i scenarzysta Andrzej Titkow, Irena Strzałkowska ze Studia Filmowego TOR oraz dziennikarka, poetka i reżyserka telewizyjnych filmów dokumentalnych, Grażyna Banaszkiewicz. Fragmenty „Kieślowskiego” czytał Marcin Dorociński. Wtorek był także dniem trzech wernisaży wystaw towarzyszących 43. FPFF. W Muzeum Miasta Gdyni możemy oglądać ekspozycję przygotowaną przez Muzeum Kinematografii w Łodzi pt. „Filmobcy. Marzec ‘68”, oddającą głos filmowcom jako naocznym świadkom wydarzeń sprzed pół wieku. Galeria Gdyńskiego Centrum Filmowego zaprasza na wystawę „Lubię fotografować”, której bohaterem jest obchodzący w tym roku osiemdziesiąte urodziny filmowyAndrzej Jaroszewicz, wybitny operator filmowy, autor zdjęć do filmów Andrzeja Żuławskiego oraz wielu innych reżyserów. „Andrzej Pągowski prezentuje artystyczny plakat filmowy” to tytuł wystawy goszczącej w foyer Nowej Sceny Teatru Muzycznego. Zobaczymy tu nie tylko prace autorstwa Pągowskiego, ale także Wilhelma Sasnala, Bartosza Kosowskiego, Agaty Nowickiej czy Jakuba Ziółkowskiego. Wszystkie powstały w ostatnich kilku latach na zamówienie producentów polskich filmów. 18.09.2018 / fot. Anna Rezulak / KFP, Mateusz Ochocki / KFP, Maciej Kosycarz / KFP, Krzysztof Mystkowski / KFP, Anna Bobrowska / KFP
Pięciu strażaków ochotników gasiło dziś przed południem pożar lasu, do którego doszło w okolicach Leźna, pomiędzy Smęgorzynem a Sulminem (Leśnictwo Otomin). O dymie unoszącym się ponad drzewami poinformowali dyżurnego OSP Leźno grzybiarze. Przyczyną pożaru było zaprószenie ognia, najprawdopodobniej niedopałek papierosa. – Paliło się poszycie leśne. Drzewa nie ucierpiały. Zgłoszenie otrzymaliśmy o godz. 9.20. Kiedy dotarliśmy na miejsce, ogień tlił się w kilku miejscach. Zużyliśmy ok. 3 tys. litrów wody. Akcja gaśnicza prowadzona na obszarze ok. 900 m kw. trwała niespełna 1,5 godziny – informuje nas Mariusz Szulc, zastępca naczelnika OSP Leźno. 19.09.2018 / fot. Maciej Kosycarz / KFP
43. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uroczyste Otwarcie festiwalu w Teatrze Muzycznym. 17.09.2018 / Zdjęcia: Krzysztof Mystkowski / KFP Anna Rezulak/ KFP
Ruszył 43. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Oficjalna inauguracja święta naszego kina nastąpi wieczorem na Dużej Scenie Teatru Muzycznego im. Danuty Baduszkowej. Widzowie zasiadają przed ekranami już od godz. 9. W pierwszym dniu festiwalowych prezentacji zobaczymy ponad połowę z 16 filmów ubiegających się o Złote Lwy. Projekcje odbywają się w Teatrze Muzycznym, Gdyńskim Centrum Filmowym, Multikinie i Konsulacie Kultury.
Wśród pierwszych pokazów konkursu głównego był debiutancki film w reżyserii Piotra Subbotki pt. „Dziura w głowie”. – To metaforyczna opowieść o życiu człowieka, historia aktora, który wypada z torów, zderzając się z rzeczywistością, i trafia w inny świat, w którym aktor, którym jest każdy z nas, rozpada się, staje się nagi i zostaje tylko człowiek – mówi Piotr Subbotko, podkreślając, że fabuła filmu jest pretekstem do zadawania pytań na temat kondycji człowieka. Fakt, iż twórca pokazuje swój pierwszy film na festiwalu w Gdyni, ma dla niego duże znaczenie. Jak tłumaczy, że po pierwsze jest to święto polskiego kina, a po drugie daje możliwość spotkania z widzami, co budzi ciekawość, jak jego film będzie odebrany. Obok „Dziury w głowie” w pierwszym dniu konkursowych prezentacji znalazły się także „Autsajder” w reżyserii Adama Sikory, „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej, „Jak pies z kotem” Janusza Kondratiuka, „Juliusz” Aleksandra Pietrzaka, „Kamerdyner” Filipa Bajona, „Pewnego razu w listopadzie” Andrzeja Jakimowskiego, „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej i „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego. Łącznie podczas 43. Festiwalu Polskich Filmów fabularnych zobaczyć będzie można ponad 130 tytułów, na przeszło 350 projekcjach w kilkunastu salach. Już w poniedziałek festiwalowi goście będą mieli okazję obejrzeć wszystkie obrazy ubiegające się o laury Konkursu Inne Spojrzenie, którymi są: „53 wojny” w reżyserii Ewy Bukowskiej, „Dzień czekolady” Jacka Piotra Bławuta, „Jeszcze dzień życia” Damiana Nenowa i Raula de la Fuente, „Moja polska dziewczyna” Ewy Banaszkiewicz i Mateusza Dymka, „Monument” Jagody Szelc, „Nie zostawiaj mnie” Grzegorza Lewandowskiego, „Nina” Olgi Chajdas oraz „Okna, okna” Wojciecha Solarza. Wśród wielu wydarzeń połączonych z pokazami (także plenerowymi), spotkaniami z twórcami, debatami, wykładami, wystawami i instalacjami, które przez sześć najbliższych dni będą przyciągać uwagę miłośników polskiego kina, nie sposób pominąć propozycji dla najmłodszych widzów. Po raz piętnasty na festiwalu wystartowała ciesząca się niezmiennie dużą popularnością sekcja filmowa Gdynia Dzieciom. Na otwarcie Stowarzyszenie Filmowców Polskich wybrało film przygodowy „Porwanie” w reżyserii Stanisława Jędryki, chcąc uczcić w ten sposób przypadające w tym roku osiemdziesiąte piąte urodziny twórcy takich filmowych hitów dla dzieci i młodzieży, jak „Wakacje z duchami”, Podróż za jeden uśmiech” czy „Stawiam na Tolka Banana”. Otwarcie przeglądu miało miejsce w Gdyńskim Centrum Filmowym (sala Goplana). Na kolejne pokazy z cyklu Gdynia Dzieciom organizatorzy zapraszają do kina Helios. 17.09.2018 / fot. Mateusz Ochocki / KFP
Westerplatte w sobotni wieczór stało się plenerową galerią sztuki monumentalnej. Tak samo było tu w piątek, kiedy po zmierzchu obiekty dawnej placówki na półwyspie posłużyły za scenografię instalacji multimedialnych wykorzystujących światło, obraz i dźwięk. Spektakl „Westerplatte – światłocienie” to nowa propozycja Muzeum Gdańska, które do współpracy zaprosiło wybitnych przedstawicieli sztuk audiowizualnych – reżyserów, animatorów, ilustratorów, kompozytorów i muzyków – aby we własnych interpretacjach przedstawili całą złożoność historii półwyspu w zderzeniu ze współczesnym kontekstem. Twórcom przyświecała idea odkrywania Westerplatte jako symbolu naszego dziedzictwa oraz lekcji, jaką powinniśmy wyciągnąć z historii II wojny światowej. – „Westerplatte – światłocienie” to nie tylko próba zmierzenia się z dziedzictwem historycznym półwyspu, ale również stawianie pytań o kondycję współczesnego człowieka, naszą postawę wobec wojny, przemocy oraz autorytaryzmów – mówi Andrzej Gierszewski, rzecznik prasowy Muzeum Gdańska. Na widowisko składają się cztery instalacje: „Nadzieja” przy Placówce Fort (autorzy: Robert Turło, Jarosław Pudlis, Michał Garnowski, Mateusz Kozłowski, Adam Przybysz, Marek Kuczyński), „Bad news” wyświetlana na Wartowni nr 1 (autor: Maciej Salamon), „Respiracja” przy Nowych Koszarach (autorzy: Maciej Szupica, Szymon Weiss, Krzysztof Głażewski) oraz wideoklip „Willkommen” prezentowany na napisie „Nigdy więcej wojny” będący animowaną opowieścią na temat tego, co wydarzyło się 1 września 1939 (autorzy: Marek Frankowski, Szymon Kołodziejczyk, Grzegorz Łapiński). 15.09.2018 / fot. Konrad Kosycarz / KFP
Kamienne serce Gdańska powróciło po latach na ul. Świętego Ducha. Okrągły kamień umieszczony w XVII wieku przed północno-wschodnim narożnikiem Kaplicy Królewskiej symbolicznie wyznaczał środek ówczesnego Gdańska. Niestety, zabytek zaginął w latach 60. podczas prowadzonych tu prac budowlanych. W sobotę przy okazji święta zrewitalizowanej ulicy odsłonięto replikę granitowego serca zaprojektowaną przez rzeźbiarza Tomasza Jażdżewskiego. Kamień wmurowany w brukową nawierzchnię ulicy Świętego Ducha ma formę dysku o średnicy 70 cm i wysokości 12 cm, na powierzchni którego wyryto kontury mapy XVII-wiecznego Gdańska oraz inskrypcję „Kamienne Serce Gdańska”. – Jestem bardzo szczęśliwa, bo to że dziś odsłaniamy kamienne serce miasta, jest efektem współpracy wielu gdańskich środowisk – podkreślała wiceprezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, odsłaniając symboliczny kamień wspólnie z profesorem Andrzejem Januszajtisem, inicjatorem odtworzenia zaginionej pamiątki. Zamierzenie pomogły mu zrealizować m.in. Fundacja Gdańska, magazyn Gdańska Strefa Prestiżu i miasto Gdańsk. – Widziałem ten kamień jeszcze w latach sześćdziesiątych. Kiedy żył Roman Wyrobek, przedwojenny gdańszczanin, przyprowadził mnie na ulicę Świętego Ducha i pokazał różowy kamień, na którym były nieczytelne napisy. Potem znienacka ulicę wyasfaltowano i kamień znikł. Szukaliśmy go na różne sposoby, ale nie udało się go odnaleźć, najprawdopodobniej został skradziony – opowiadał podczas sobotniej uroczystości profesor Januszajtis. Replika serca ma przetrwać wieki. Pod kamieniem umieszczona została kapsuła czasu, czyli butelka ze sprawozdaniem z dzisiejszego wydarzenia. – Projekt odtworzenia serca Gdańska narodził się społecznie i został zrealizowany siłami społecznymi ze wsparciem miasta Gdańska. Profesor Januszajtis pisał o tym kamieniu prawie co dekadę, przypominając jego historię i wreszcie się udało. W sprawę zaangażowało się wiele osób i organizacji, to ważne, bo w ten sposób wspólnie budujemy tożsamość gdańszczan – podkreśla Jacek Bendykowski z Fundacji Gdańskiej. 15.09.2018 / Fot. Anna Rezulak / KFP
  • aktualnych propozycji: 11233
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2018 KFP