logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 12492
Gdańszczanie świętują dzisiaj także w Parku Nadmorskim im. Ronalda Reagana. Z okazji 101. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości prezydent miasta Aleksandra Dulkiewicz zaprosiła mieszkańców do wspólnego posadzenia 101 drzewek wiśniowych. Pierwsze, udekorowane czerwoną kokardą, posadziła własnoręcznie, zachęcając tym samym dziesiątki rodzin spacerujących po parku do naśladownictwa. Jak mówiła, wiśnie są symbolem trwania i nieprzemijalności. 11.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Memling, Kaczmarski i Fale Kultury. Na początku był obraz, potem powstał wiersz, a teraz jest dzieło multimedialne. „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga na przestrzeni wieków stanowił inspirację dla wielu twórców. Fundacja Fale Kultury zrobiła o nim film. Do oglądania zaprasza od 12 listopada na stronę internetową sadostateczny.pl.
Tryptyk Hansa Memlinga „Sąd Ostateczny” to najcenniejsze i jedno z najciekawszych dzieł sztuki w gdańskich zbiorach muzealnych. Właśnie temu obrazowi Fundacja Fale Kultury poświęciła projekt „Filmowe spotkanie z Sądem Ostatecznym Hansa Memlinga”, który otrzymał dofinansowanie ze środków miasta Gdańska. Powstały w ramach projektu krótkometrażowy film opowiada historię zawartą w obrazie w oparciu o wiersz „Sąd Ostateczny” napisany przez Jacka Kaczmarskiego w 1979 roku. Autorzy prezentacji starają się skrócić dystans pomiędzy dziełem sztuki a odbiorcą, łącząc ze sobą elementy malarstwa, poezji oraz muzyki w formie filmowej.
Uruchomienie strony internetowej i premiera filmu nastąpi we wtorek 12 listopada. Poza filmem na stronie sadostateczny.pl dostępne będą również prezentacje sylwetek Hansa Memlinga, jednego z najznakomitszych renesansowych malarzy, oraz Jacka Kaczmarskiego, silnie związanego z malarstwem i sztukami pięknymi muzyka oraz poety. Autorzy projektu przygotowali też poświęcony dziełu konspekt lekcji dla uczniów szkół podstawowych i ponadpodstawowych. Głodnym wiedzy zostanie przybliżony główny bohater projektu, czyli obraz „Sąd Ostateczny”. To zaskakująca historia przybycia do Gdańska i wielowiekowa tułaczka, jaką musiało odbyć dzieło, by znaleźć się w Muzeum Narodowym w Gdańsku, gdzie pozostaje do dziś. 11.11.2019 / fot. KFP
Kontynuujemy prezentacje sceny brytyjskiej. Do Gdańska powrócili Shabaka Hutchings i jego Sons of Kemet. Londyńska grupa po raz pierwszy w Polsce wystąpiła na Jazz Jantar 2015. W niedzielę zagrała w Żaku utwory z najnowszego albumu „Your Queen Is a Reptile”. To buntowniczy manifest przewrotnie przypominający jedyny album punkrockowej legendy – Sex Pistols. Tamto wydawnictwo nosiło ironiczny tytuł „God Save The Queen”, tutaj mamy „Your Queen Is a Reptile” i kolejny sprzeciw wobec brytyjskiej monarchii (tym razem głównym powodem jest niereprezentowanie przybyłych do kraju imigrantów). Każdy z dziewięciu utworów jest natomiast hołdem złożonym innej kobiecie ze świata nauki czy sztuki. Magazyn „The Wire” wybrał ten materiał na Album Roku, z kolei serwis Under the Radar podkreślał jego pozamuzyczną wartość: „Sons of Kemet dowodzą, że brytyjski jazz jest żywy i ma się dobrze, co więcej, może być jednym z najlepszych kulturowych narzędzi, jakie mamy do walki z opresyjnym i głęboko niepokojącym politycznym krajobrazem, który w ostatnim czasie zdaje się formować na Zachodzie”. 10.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Czy demokracja ma przyszłość? Czy wchodzi ona w kryzys? Czy zdoła przetrwać w warunkach narzucanych przez populizm? Odpowiedzi na pytanie postawione przez autorów cyklicznego programu „Arena Idei” poszukiwali Stefan Chwin – pisarz i badacz literatury, Patrycja Sasnal – politolożka i arabistka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Jerzy Zajadło – prawnik i filozof z Uniwersytetu Gdańskiego, oraz Jan Zielonka – politolog, profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie. Niedzielną debatę w bibliotece Europejskiego Centrum Solidarności na żywo transmitowała stacja TVN24. To jej program. Spotkanie prowadziła dziennikarka „Faktów” TVN i TVN24 Katarzyna Kolenda-Zaleska. Jak zwykle głos mieli także telewidzowie. Na pytanie „Czy demokracja ma przyszłość?” zadane przed programem 65 proc. uczestników sondy odpowiedziało twierdząco, 27 proc. było przeciwnego zdania, a pozostali odpowiedzieli „nie wiem”. Wyniki sondy przeprowadzonej w trakcie programu wróżyły demokracji lepiej: 76 proc. uczestników powiedziało „tak”, 24 proc. – „nie”.
A co mówili eksperci? „Demokracja ma przyszłość, ale musi się wymyślić na nowo” – zatytułował relację z debaty portal tvn24.pl. To opinia profesora Jana Zielonki. – Dzisiaj żyjemy w społeczności sieci, gdzie partie polityczne mogą wygrać wybory z uwagi na pewien program gospodarczy, ale jak dochodzą do władzy, to nie są w stanie wypełnić swoich obietnic, bo zmasakrują je rynki (...) My w dalszym ciągu mamy demokrację, która powstała jakieś dwa wieki temu, gdzie dominuje system partii i reprezentacji parlamentarnej (...) Musimy dostosować nasze instytucje do świata, w którym żyjemy. Nie zrobiliśmy tego i nastąpiło pęknięcie. Ludzie będą się zawsze domagali nie tylko chleba, wolności i sprawiedliwości, ale także tego, by nikt nie decydował o nas bez nas – przekonywał profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie. Patrycja Sasnal wskazywała, co jej zdaniem składa się na istotę demokracji. Stwierdziła, że wolne wybory nie są ani niezbędnym, ani podstawowym warunkiem demokracji. Równie ważne są praworządność i świadomość obywatelska. – Bez świadomego obywatela nie ma demokracji. Jeżeli tak rozumiemy demokrację, że jej ważnym elementem jest świadomość obywatela, to mamy problem na Zachodzie, w demokracjach ustabilizowanych. Obywatela, osobę zainteresowaną przestrzenią publiczną być może mamy, ale nie mamy świadomego obywatela. Dlatego, że świadomy obywatel wymaga autokrytycznego i krytycznego myślenia w ogóle, wymaga przefiltrowywania informacji. Taki świadomy obywatel musi wiedzieć, które źródła są wiarygodne – wskazywała politolożka i arabistka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Stefan Chwin zwracał uwagę na to, że nie istnieje coś takiego jak demokracja bezprzymiotnikowa. – Zawsze musi być jakiś przymiotnik, który określa ją trochę bliżej. I wtedy pojawiają się znaczące różnice. Jedni zwolennicy demokracji uważają, że wystarczy tylko głos większości, która ma prawo do wszystkiego; drudzy mówią, że prawdziwa demokracja to jest taka demokracja, która mówi o pewnej formie samoograniczenia – prawnego, duchowego, filozoficznego, gdzie się mówi, że głos większości to nie jest „vox populi, vox dei” (...) Wydaje mi się, że to występuje we wszystkich krajach zachodniej cywilizacji. Nasza cywilizacja staje teraz przed wyborem prawdziwej demokracji (…) Demokracja ma przyszłość, tylko nie wiadomo, która – powiedział związany z Gdańskiem powieściopisarz, krytyk i historyk literatury. Do słów Stefana Chwina nawiązał Jerzy Zajadło. – Kompletnie nie akceptuję opatrywania demokracji jakimikolwiek przymiotnikami poza przymiotnikami pośrednia i bezpośrednia, ale to dotyczy formy jej wykonywania, a nie istoty. Demokrację opatrywano już różnymi przymiotnikami. Mieliśmy demokrację socjalistyczną, ludową, i wiemy, czym to się skończyło. Jestem nawet przeciwnikiem opatrywania demokracji przymiotnikiem liberalna, bo to prowokuje do jakieś tezy, że skoro jest demokracja liberalna, to może jest i nieliberalna. Nie. Moim zdaniem nie ma żadnej demokracji nieliberalnej. To jest po prostu oksymoron – przekonywał prawnik i i filozof z Uniwersytetu Gdańskiego. 10.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Biało-zielona seria meczów bez zwycięstwa trwa. Pogoń była najlepiej zorganizowanym zespołem w gronie rywali, z którymi podopieczni nieobecnego dziś na ławce trenerskiej Piotra Stokowca (szkoleniowiec przeszedł zabieg laryngologiczny, zastąpił go Łukasz Smolarow) potykali się w pięciu ostatnich meczach. Pięć gier, zaledwie dwa punkty z 15 możliwych do zdobycia i miejsce w środku tabeli na koniec pierwszej rundy – zapewne nie tak wyobrażali sobie finisz jesieni kibice biało-zielonych. Zwycięstwo odniesione nad Legią na jej boisku 28 września sprawiło, że nabraliśmy apetytów na powtórkę sprzed roku, kiedy po pierwszej rundzie piłkarze z Gdańska spoglądali na wszystkich rywali z góry. Niestety, pasmo sukcesów Lechii skończyło się na zdobyciu Warszawy. Od tamtej pory w ekstraklasie nie wygrywa.
Lechia Gdańsk – Pogoń Szczecin 0:1 (0:1). Bramka: Zvonimir Koźulj (9’). Widzów: 12 161.
LECHIA: Kuciak – Makowski, Nalepa, Maloca, Mladenović – Łukasik, Kubicki – Haraslin (81’ Arak), Gajos (63’ Paixao), Wolski (62’ Peszko) – Sobiech. 10.11.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Starty, druhy, ami, feniksy i kolorowe alfy, a obok nich prawdziwe kolekcjonerskie perły z przedwojennej fabryki Pawła Sobkowskiego – skrzynkowy Ostrowid na błony zwojowe i oryginalny mieszkowy Widok, jedyny, jaki zachował się z prototypowej serii ok. 100 egzemplarzy. Świat polskich aparatów fotograficznych zagościł na kilka dni w gdańskim Hevelianum.
Na wystawie prezentowanej w Wozowni Artyleryjskiej (10-17 listopada) możemy podziwiać eksponaty ze zbiorów Grzegorza Mehringa, Anny Bednarek (wnuczki Pawła Sobkowskiego) oraz państwa Mazurów. Najstarsze z nich pochodzą z początku XX wieku. Oprócz aparatów na ekspozycji znalazły się obiektywy, powiększalniki, lampy błyskowe, a nawet fotokarabin z Warszawskich Zakładów Foto-Optycznych używany przez pilotów myśliwców Ludowego Wojska Polskiego do rejestracji wyników strzelania na sucho. – To pierwsza tak obszerna i przekrojowa wystawa w Polsce prezentująca rodzimy sprzęt fotograficzny od jego zarania aż po czasy współczesne – zapewnia Grzegorz Mehring, fotoreporter związany z redakcją portalu gdansk.pl. Dla mediów fotografuje od dwóch dekad, aparaty zbiera od kilkunastu lat. Do najcenniejszych eksponatów w jego zbiorach należą obiektywy wyprodukowane przez fabrykę Phos Varsovie, która działała w Warszawie w latach 1899-1914, a później została przeniesiona do Petersburga. Jednym z odbiorców „szkieł” Phosa była niemiecka firma Ernemann z Drezna. Obiektywy montowane były w aparatach z serii Globus wytwarzanych przez Ernemanna w latach 1989-1920. Jeden z takich zestawów możemy oglądać na wystawie dzięki uprzejmości rodziny Marka Mazura, zmarłego przed czterema laty gdańskiego konstruktora niezwykłych fotoaparatów, które cieszą i zadziwiają ludzi w wielu zakątkach świata. Bodaj największą atrakcją wystawy w Hevelianum jest Widok, czyli coś, czego nie mieliśmy już zobaczyć. Wielu ekspertów przez lata uważało, że z prototypowej serii około 100 aparatów mieszkowych na płyty szklane wyprodukowanych przed wojną przez fabrykę Kamera Polska Pawła Sobkowskiego (1890-1970) z Chodzieży nie przetrwał żaden. Okazało się jednak, że jest inaczej. Jeden z nich zachował się dzięki staraniom rodziny Pawła Sobkowskiego. Na wystawę cenną pamiątkę przywiozła Anna Bednarek, wnuczka właściciela jednej z pierwszych polskich wytwórni aparatów fotograficznych. 10.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP, Anna Bobrowska / KFP
Sobota na 22. festiwalu Jazz Jantar należała do młodych artystów z Wielkiej Brytanii. W ostatnich latach Zjednoczone Królestwo niespodziewania wyrosło na lidera w tworzeniu niebanalnego, świeżego i zaskakującego jazzu. Było to słychać w Żaku. Przed gdańską publicznością zadebiutowała tego wieczoru Yazmin Lacey (z zespołem), wokalistka zachwycająca klasycznym soulowym głosem, który przywołuje na myśl atmosferę zadymionych, ciasnych klubów, jakich dziesiątki można było znaleźć przed laty w Chicago czy Nowym Orleanie. – Moja muzyka porównywana jest do czerwonego wina i papierosów – wyznała nie tak dawno Yazmin Lacey w rozmowie z portalem Soundrive. Kariera pochodzącej z Nottingham artystki zaczęła się pięć lat temu od kilku skromnych koncertów akustycznych w rodzinnym mieście. Muzykę traktowała wówczas jako hobby współdzielone z pracą na rzecz organizacji charytatywnej zajmującej się dziećmi. Przełom nastąpił, kiedy odkryła ją organizacja Future Bubblers (wyszukująca muzyczne talenty i tworząca warunki dla ich rozwoju). W niedługim czasie ukazały się dwie EP-ki Yazmin Lacey – „Black Moon” oraz „When The Sun Dips 90 Degrees”. O tej drugiej serwis Bandcamp w swoim comiesięcznym zestawieniu polecanych wydawnictw napisał: „klejnot, którego nie wolno przeoczyć”. Z największym uznaniem mediów branżowych spotyka się także działalność artystyczna słuchanego w sobotę w Żaku londyńskiego pianisty Kamaala Williamsa. „To rozkoszna migawka z Londynu roku 2018 – nowo powstała społeczność jazzowa w pigułce, łącząca niezliczone kulturowe wątki, które tworzą to miasto. Kiedy scena potrzebowała go najbardziej, Kamaal Williams powrócił, by wskazać jej drogę” – tak o zeszłorocznym albumie „The Return” napisał Dean Van Nguyen, dziennikarz serwisu Pitchfork, co już samo w sobie pokazuje, do jak różnorodnej publiki brytyjski pianista trafia, skoro jego działalność zachwala portal prezentujący muzykę alternatywną. Williams zaczynał od fascynacji tradycyjną chińską kaligrafią, później było graffiti, hip-hop i muzyka elektroniczna (jako producent działa pod pseudonimem Henry Wu), ale jego największym sukcesem okazał się duet z Yussefem Dayesem. Ich debiutancki album „Black Focus” (2016 r.) znajdował się w czołówce niemalże wszystkich jazzowych podsumowań roku i utorował drogę do festiwalów na całym globie. Rokas Kucinskas z portalu All About Music napisał o tym wydawnictwie: „To wybiegająca w przyszłość podróż dźwiękowa, która w pełni oddaje to, co dzieje się obecnie na jazzowej scenie w Londynie”. Obydwa wydawnictwa na łamach tego samego serwisu porównał Chris May: „The Return zaczyna się tam, gdzie skończyło się Black Focus, wykorzystuje klasyczny jazz-funk i fuzję z hip-hopem oraz jego brytyjską odmianą, czyli grimem, połamanymi bitami i drum'n'bassem. Bity są kluczowe, podobnie jak melodie i dający kopa nastrój. To jest jazz, ale ten, który dopiero co poznaliśmy, a wszystko to pięknie się razem układa”. 9.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
To było coś więcej niż przygoda z modą. Modoterapia? Może jeszcze nie, ale początek czegoś nowego i dobrego został zrobiony. Świat kolorowych, fantazyjnie skrojonych strojów zagościł dziś na Oddziale Hematologii Dziecięcej UCK, by dzieciaki dotknięte przez los mogły oderwać się od szpitalnej rzeczywistości, by także tutaj mogły zbierać dobre wspomnienia. Z tą niecodzienną inicjatywą wyszły mała rodzinna firma Czyste Dziecko prowadzona przez toruńską projektantkę Adriannę Złoch oraz Fundacja z Pompą – Pomóż Dzieciom z Białaczką, która już od kilku lat wspiera uniwersytecki Oddział Hematologii Dziecięcej, jego małych podopiecznych i ich rodziny. Za sprawą Fundacji w UCK regularnie odbywają się warsztaty plastyczne, muzyczne i kulinarne. Moda pojawiła się tu po raz pierwszy. – Tak naprawdę to wszystko zaczęło się od niespełna 4-letniej Milenki. Córka przyjaciółki pani Adrianny Złoch leczy się obecnie na naszym Oddziale Hematologii. Milenka dostała od cioci Ady przepiękną sukienkę. Zaczęła paradować w niej po oddziale, wywołując tym ogólny zachwyt. Mama Milenki zaproponowała, że można by zrobić dla dzieciaków pokaz mody. Trafiła z tym pomysłem do pielęgniarki oddziałowej, pani Ewy, która jest szefową Rady Fundacji z Pompą. Przygotowaliśmy więc wszystko wspólnie. Najważniejsze, że pani Ada się zgodziła – opowiada nam Marta Czyż-Taraszkiewicz, prezes Fundacji Pompą – Pomóż Dzieciom z Białaczką. Pokaz mody był dzisiaj gwoździem programu, na który złożyły się ponadto warsztaty projektowania i szycia oraz profesjonalna sesja fotograficzna w stylizacjach prezentowanych na wybiegu. Kilkuletnich modeli i modelki portretował Jakub Grabowski, fotografik na co dzień współpracujący z Adrianną Złoch. – Do zdjęć pozowały zarówno dzieci przebywające obecnie na oddziale, jak i te, które już wyszły z choroby. Wszystkie fantastycznie się bawiły. Banany na ich buźkach to dla nas najlepsza nagroda za to wszystko, co robimy – dodaje Marta Czyż-Taraszkiewicz, zapowiadając, że namawia już panią Adriannę na ponowne takie wydarzenie. Ale po kolei... To dzisiejsze jeszcze się nie skończyło. Na początku grudnia w UCK odbędzie się wystawa wykonanych w sobotę portretów i stylizacji połączona z licytacją na rzecz Fundacji z Pompą – Pomóż Dzieciom z Białaczką. Pieniądze zostaną przeznaczone na zakup elektrycznie sterowanych łóżek dla małych pacjentów. 9.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
18 lat temu zaczęliśmy jeździć w Gdańsku po moście wantowym im. Jana Pawła II na Martwej Wiśle. Rocznica otwarcia przeprawy łączącej Wyspę Portową z drogą krajową numer 7 Gdańsk – Warszawa mija w tę sobotę. „Największy w kraju most podwieszany otwarty” – donosiły media 9 listopada 2001 roku. Ściślej rzecz ujmując, przez 10 lat – do czasu uruchomienia Mostu Rędzińskiego nad Odrą we Wrocławiu – gdański kolos był największym w Polsce mostem podwieszonym na jednym pylonie. – Ta inwestycja to ponownie zwrócenie się Polski w kierunku morza. Jest to chyba jeden z pierwszych obiektów, który ma tak duże znaczenie dla aktywizacji terenów portowych – podkreślał podczas uroczystości otwarcia mostu im. Jana Pawła II wicepremier i minister infrastruktury Marek Pol. W wydarzeniu udział wzięli m.in. wojewoda pomorski Jan Ryszard Kurylczyk, marszałek województwa Jan Zarębski, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, metropolita gdański arcybiskup Tadeusz Gocłowski oraz liczni przedstawiciele Zarządu Morskiego Portu Gdańsk z prezesem Marianem Świtkiem na czele. Ten dzień był ukoronowaniem wieloletniego wysiłku portowców na rzecz zwiększenia dostępności terenów portowo-przemysłowych położonych na wschód od Martwej Wisły dla wielkotowarowego ruchu drogowego obejmującego m.in. Port Północny, Basen Górniczy, Półwysep Westerplatte i Przeróbkę. Budowa przeprawy trwała dwa lata. Nowatorska w skali kraju inwestycja kosztowała ponad 150 mln zł (niemal połowa środków pochodziła z kredytu Banku Światowego). Konstrukcja ze 100-metrowym pylonem była pierwszym w kraju mostem wantowym zaprojektowanym wyłącznie przez polskich projektantów. Nad projektem pracowali Krzysztof Wąchalski i Jan Tadeusz Kosiedowski z zespołem z gdańskiego Biura Projektów Budownictwa Komunalnego. Co ciekawe, powstały wówczas aż cztery projekty: dwa klasyczne z podporami w rzece i dwa warianty mostu wantowego. – Kiedy przedstawiliśmy propozycję budowy mostu podwieszonego, urzędnicy z Warszawy przyjęli ją entuzjastycznie, ale prosili, żeby pokazać też coś realnego. Okazało się jednak, że budowa tradycyjnego mostu wymaga szczególnych nakładów, ponieważ Martwa Wisła jest akwenem morskim. Taki most musiałby być wyższy i szerszy, a podpory w rzece bardzo mocne, tak aby wytrzymały uderzenie jednostek pływających ważących trzy tysiące ton. To podniosło koszt budowy zwykłego mostu tak, że zrównał się z ceną mostu wantowego – opowiadał Krzysztof Wąchalski w 2001 roku na łamach „Gazety Wyborczej”, przyznając, że wybór mostu wantowego był w tamtych czasach bardzo odważną decyzją. Nawet nadzorujący budowę inspektorzy z Wielkiej Brytanii byli zaskoczeni, że w Polsce realizuje się tak skomplikowane przedsięwzięcia. Przeprawa na Martwej Wiśle jako jedyna w Polsce wznoszona była metodą wspornikową, bez tymczasowych podpór w wodzie. Kolejne elementy mostu podnoszono z pływających po rzece barek i podwieszano na wantach. Wszystkie ważą około 26 tys. ton. Całkowita długość mostu to ponad 380 m (przy szerokości pomostu 21 m). Konstrukcja składa się z trzech przęseł. Rozpiętość przęsła nad nurtem rzeki wynosi 230 m. Most powinien służyć nam bezawaryjnie ponad 100 lat. 8.11.2019 / fot. KFP
„Solidarność: od godności człowieka do ponadnarodowej współpracy” to tytuł konferencji naukowej odbywającej się w ten weekend w historycznej Sali BHP Stoczni Gdańskiej. Organizatorami debaty są władze związkowe oraz Międzynarodowe Centrum Badań nad Fenomenem Solidarności – jednostka naukowa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. W gronie gości honorowych znaleźli się m.in. metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź, metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski oraz metropolita wrocławski abp Józef Kupny. Jeszcze kilka dni temu konferencja zapowiadana była przez władze NSZZ „S” jako spotkanie otwarte dla mediów. W czwartek okazało się, że nie dla wszystkich. W Sali BHP nie ma przedstawicieli „Gazety Wyborczej” i telewizji TVN. – „Solidarność" najpierw nas zaprosiła, a potem... wyprosiła, choć konferencja organizowana jest za publiczne pieniądze – pisze „Gazeta Wyborcza Trójmiasto”. Wczoraj obie redakcje otrzymały maila od rzecznika „S” Marka Lewandowskiego, który informuje dziennikarzy, że zgodnie z decyzją organizatorów nie otrzymali oni akredytacji uprawniających do udziału w konferencji. – Próbowaliśmy skontaktować się z rzecznikiem Lewandowskim, żeby wyjaśnić, o co chodzi, ale nie odebrał telefonu. To dziwne, bo trzy dni temu rzecznik przysłał nam maila zapraszającego na konferencję. Zapewniał w nim, że konferencja jest otwarta dla mediów i że związek zapewni dziennikarzom dźwięk oraz miejsce do pracy – relacjonuje trójmiejska mutacja „Gazety Wyborczej”. Przed rokiem dziennikarze „GW” i Radia TOK FM nie otrzymali akredytacji na krajowy zjazd delegatów NSZZ „S’”. – Mamy prawo zapraszać, kogo chcemy, i nie musimy się z tego tłumaczyć. Tak jak nie musimy tłumaczyć się z tego, jakich gości zapraszamy – wyjaśniał wówczas rzecznik prasowy związku zawodowego. 8.11.2019 / fot. Wojciech Stróżyk / Reporter / KFP
  • aktualnych propozycji: 12492
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2019 KFP