logo

wpisz słowa kluczowe:

szukaj wg daty:

Aktualne propozycje

  • aktualnych propozycji: 12489
Czy demokracja ma przyszłość? Czy wchodzi ona w kryzys? Czy zdoła przetrwać w warunkach narzucanych przez populizm? Odpowiedzi na pytanie postawione przez autorów cyklicznego programu „Arena Idei” poszukiwali Stefan Chwin – pisarz i badacz literatury, Patrycja Sasnal – politolożka i arabistka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Jerzy Zajadło – prawnik i filozof z Uniwersytetu Gdańskiego, oraz Jan Zielonka – politolog, profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie. Niedzielną debatę w bibliotece Europejskiego Centrum Solidarności na żywo transmitowała stacja TVN24. To jej program. Spotkanie prowadziła dziennikarka „Faktów” TVN i TVN24 Katarzyna Kolenda-Zaleska. Jak zwykle głos mieli także telewidzowie. Na pytanie „Czy demokracja ma przyszłość?” zadane przed programem 65 proc. uczestników sondy odpowiedziało twierdząco, 27 proc. było przeciwnego zdania, a pozostali odpowiedzieli „nie wiem”. Wyniki sondy przeprowadzonej w trakcie programu wróżyły demokracji lepiej: 76 proc. uczestników powiedziało „tak”, 24 proc. – „nie”.
A co mówili eksperci? „Demokracja ma przyszłość, ale musi się wymyślić na nowo” – zatytułował relację z debaty portal tvn24.pl. To opinia profesora Jana Zielonki. – Dzisiaj żyjemy w społeczności sieci, gdzie partie polityczne mogą wygrać wybory z uwagi na pewien program gospodarczy, ale jak dochodzą do władzy, to nie są w stanie wypełnić swoich obietnic, bo zmasakrują je rynki (...) My w dalszym ciągu mamy demokrację, która powstała jakieś dwa wieki temu, gdzie dominuje system partii i reprezentacji parlamentarnej (...) Musimy dostosować nasze instytucje do świata, w którym żyjemy. Nie zrobiliśmy tego i nastąpiło pęknięcie. Ludzie będą się zawsze domagali nie tylko chleba, wolności i sprawiedliwości, ale także tego, by nikt nie decydował o nas bez nas – przekonywał profesor Studiów Europejskich na Uniwersytecie w Oksfordzie. Patrycja Sasnal wskazywała, co jej zdaniem składa się na istotę demokracji. Stwierdziła, że wolne wybory nie są ani niezbędnym, ani podstawowym warunkiem demokracji. Równie ważne są praworządność i świadomość obywatelska. – Bez świadomego obywatela nie ma demokracji. Jeżeli tak rozumiemy demokrację, że jej ważnym elementem jest świadomość obywatela, to mamy problem na Zachodzie, w demokracjach ustabilizowanych. Obywatela, osobę zainteresowaną przestrzenią publiczną być może mamy, ale nie mamy świadomego obywatela. Dlatego, że świadomy obywatel wymaga autokrytycznego i krytycznego myślenia w ogóle, wymaga przefiltrowywania informacji. Taki świadomy obywatel musi wiedzieć, które źródła są wiarygodne – wskazywała politolożka i arabistka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Stefan Chwin zwracał uwagę na to, że nie istnieje coś takiego jak demokracja bezprzymiotnikowa. – Zawsze musi być jakiś przymiotnik, który określa ją trochę bliżej. I wtedy pojawiają się znaczące różnice. Jedni zwolennicy demokracji uważają, że wystarczy tylko głos większości, która ma prawo do wszystkiego; drudzy mówią, że prawdziwa demokracja to jest taka demokracja, która mówi o pewnej formie samoograniczenia – prawnego, duchowego, filozoficznego, gdzie się mówi, że głos większości to nie jest „vox populi, vox dei” (...) Wydaje mi się, że to występuje we wszystkich krajach zachodniej cywilizacji. Nasza cywilizacja staje teraz przed wyborem prawdziwej demokracji (…) Demokracja ma przyszłość, tylko nie wiadomo, która – powiedział związany z Gdańskiem powieściopisarz, krytyk i historyk literatury. Do słów Stefana Chwina nawiązał Jerzy Zajadło. – Kompletnie nie akceptuję opatrywania demokracji jakimikolwiek przymiotnikami poza przymiotnikami pośrednia i bezpośrednia, ale to dotyczy formy jej wykonywania, a nie istoty. Demokrację opatrywano już różnymi przymiotnikami. Mieliśmy demokrację socjalistyczną, ludową, i wiemy, czym to się skończyło. Jestem nawet przeciwnikiem opatrywania demokracji przymiotnikiem liberalna, bo to prowokuje do jakieś tezy, że skoro jest demokracja liberalna, to może jest i nieliberalna. Nie. Moim zdaniem nie ma żadnej demokracji nieliberalnej. To jest po prostu oksymoron – przekonywał prawnik i i filozof z Uniwersytetu Gdańskiego. 10.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
Biało-zielona seria meczów bez zwycięstwa trwa. Pogoń była najlepiej zorganizowanym zespołem w gronie rywali, z którymi podopieczni nieobecnego dziś na ławce trenerskiej Piotra Stokowca (szkoleniowiec przeszedł zabieg laryngologiczny, zastąpił go Łukasz Smolarow) potykali się w pięciu ostatnich meczach. Pięć gier, zaledwie dwa punkty z 15 możliwych do zdobycia i miejsce w środku tabeli na koniec pierwszej rundy – zapewne nie tak wyobrażali sobie finisz jesieni kibice biało-zielonych. Zwycięstwo odniesione nad Legią na jej boisku 28 września sprawiło, że nabraliśmy apetytów na powtórkę sprzed roku, kiedy po pierwszej rundzie piłkarze z Gdańska spoglądali na wszystkich rywali z góry. Niestety, pasmo sukcesów Lechii skończyło się na zdobyciu Warszawy. Od tamtej pory w ekstraklasie nie wygrywa.
Lechia Gdańsk – Pogoń Szczecin 0:1 (0:1). Bramka: Zvonimir Koźulj (9’). Widzów: 12 161.
LECHIA: Kuciak – Makowski, Nalepa, Maloca, Mladenović – Łukasik, Kubicki – Haraslin (81’ Arak), Gajos (63’ Paixao), Wolski (62’ Peszko) – Sobiech. 10.11.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Starty, druhy, ami, feniksy i kolorowe alfy, a obok nich prawdziwe kolekcjonerskie perły z przedwojennej fabryki Pawła Sobkowskiego – skrzynkowy Ostrowid na błony zwojowe i oryginalny mieszkowy Widok, jedyny, jaki zachował się z prototypowej serii ok. 100 egzemplarzy. Świat polskich aparatów fotograficznych zagościł na kilka dni w gdańskim Hevelianum.
Na wystawie prezentowanej w Wozowni Artyleryjskiej (10-17 listopada) możemy podziwiać eksponaty ze zbiorów Grzegorza Mehringa, Anny Bednarek (wnuczki Pawła Sobkowskiego) oraz państwa Mazurów. Najstarsze z nich pochodzą z początku XX wieku. Oprócz aparatów na ekspozycji znalazły się obiektywy, powiększalniki, lampy błyskowe, a nawet fotokarabin z Warszawskich Zakładów Foto-Optycznych używany przez pilotów myśliwców Ludowego Wojska Polskiego do rejestracji wyników strzelania na sucho. – To pierwsza tak obszerna i przekrojowa wystawa w Polsce prezentująca rodzimy sprzęt fotograficzny od jego zarania aż po czasy współczesne – zapewnia Grzegorz Mehring, fotoreporter związany z redakcją portalu gdansk.pl. Dla mediów fotografuje od dwóch dekad, aparaty zbiera od kilkunastu lat. Do najcenniejszych eksponatów w jego zbiorach należą obiektywy wyprodukowane przez fabrykę Phos Varsovie, która działała w Warszawie w latach 1899-1914, a później została przeniesiona do Petersburga. Jednym z odbiorców „szkieł” Phosa była niemiecka firma Ernemann z Drezna. Obiektywy montowane były w aparatach z serii Globus wytwarzanych przez Ernemanna w latach 1989-1920. Jeden z takich zestawów możemy oglądać na wystawie dzięki uprzejmości rodziny Marka Mazura, zmarłego przed czterema laty gdańskiego konstruktora niezwykłych fotoaparatów, które cieszą i zadziwiają ludzi w wielu zakątkach świata. Bodaj największą atrakcją wystawy w Hevelianum jest Widok, czyli coś, czego nie mieliśmy już zobaczyć. Wielu ekspertów przez lata uważało, że z prototypowej serii około 100 aparatów mieszkowych na płyty szklane wyprodukowanych przed wojną przez fabrykę Kamera Polska Pawła Sobkowskiego (1890-1970) z Chodzieży nie przetrwał żaden. Okazało się jednak, że jest inaczej. Jeden z nich zachował się dzięki staraniom rodziny Pawła Sobkowskiego. Na wystawę cenną pamiątkę przywiozła Anna Bednarek, wnuczka właściciela jednej z pierwszych polskich wytwórni aparatów fotograficznych. 10.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP, Anna Bobrowska / KFP
Sobota na 22. festiwalu Jazz Jantar należała do młodych artystów z Wielkiej Brytanii. W ostatnich latach Zjednoczone Królestwo niespodziewania wyrosło na lidera w tworzeniu niebanalnego, świeżego i zaskakującego jazzu. Było to słychać w Żaku. Przed gdańską publicznością zadebiutowała tego wieczoru Yazmin Lacey (z zespołem), wokalistka zachwycająca klasycznym soulowym głosem, który przywołuje na myśl atmosferę zadymionych, ciasnych klubów, jakich dziesiątki można było znaleźć przed laty w Chicago czy Nowym Orleanie. – Moja muzyka porównywana jest do czerwonego wina i papierosów – wyznała nie tak dawno Yazmin Lacey w rozmowie z portalem Soundrive. Kariera pochodzącej z Nottingham artystki zaczęła się pięć lat temu od kilku skromnych koncertów akustycznych w rodzinnym mieście. Muzykę traktowała wówczas jako hobby współdzielone z pracą na rzecz organizacji charytatywnej zajmującej się dziećmi. Przełom nastąpił, kiedy odkryła ją organizacja Future Bubblers (wyszukująca muzyczne talenty i tworząca warunki dla ich rozwoju). W niedługim czasie ukazały się dwie EP-ki Yazmin Lacey – „Black Moon” oraz „When The Sun Dips 90 Degrees”. O tej drugiej serwis Bandcamp w swoim comiesięcznym zestawieniu polecanych wydawnictw napisał: „klejnot, którego nie wolno przeoczyć”. Z największym uznaniem mediów branżowych spotyka się także działalność artystyczna słuchanego w sobotę w Żaku londyńskiego pianisty Kamaala Williamsa. „To rozkoszna migawka z Londynu roku 2018 – nowo powstała społeczność jazzowa w pigułce, łącząca niezliczone kulturowe wątki, które tworzą to miasto. Kiedy scena potrzebowała go najbardziej, Kamaal Williams powrócił, by wskazać jej drogę” – tak o zeszłorocznym albumie „The Return” napisał Dean Van Nguyen, dziennikarz serwisu Pitchfork, co już samo w sobie pokazuje, do jak różnorodnej publiki brytyjski pianista trafia, skoro jego działalność zachwala portal prezentujący muzykę alternatywną. Williams zaczynał od fascynacji tradycyjną chińską kaligrafią, później było graffiti, hip-hop i muzyka elektroniczna (jako producent działa pod pseudonimem Henry Wu), ale jego największym sukcesem okazał się duet z Yussefem Dayesem. Ich debiutancki album „Black Focus” (2016 r.) znajdował się w czołówce niemalże wszystkich jazzowych podsumowań roku i utorował drogę do festiwalów na całym globie. Rokas Kucinskas z portalu All About Music napisał o tym wydawnictwie: „To wybiegająca w przyszłość podróż dźwiękowa, która w pełni oddaje to, co dzieje się obecnie na jazzowej scenie w Londynie”. Obydwa wydawnictwa na łamach tego samego serwisu porównał Chris May: „The Return zaczyna się tam, gdzie skończyło się Black Focus, wykorzystuje klasyczny jazz-funk i fuzję z hip-hopem oraz jego brytyjską odmianą, czyli grimem, połamanymi bitami i drum'n'bassem. Bity są kluczowe, podobnie jak melodie i dający kopa nastrój. To jest jazz, ale ten, który dopiero co poznaliśmy, a wszystko to pięknie się razem układa”. 9.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
To było coś więcej niż przygoda z modą. Modoterapia? Może jeszcze nie, ale początek czegoś nowego i dobrego został zrobiony. Świat kolorowych, fantazyjnie skrojonych strojów zagościł dziś na Oddziale Hematologii Dziecięcej UCK, by dzieciaki dotknięte przez los mogły oderwać się od szpitalnej rzeczywistości, by także tutaj mogły zbierać dobre wspomnienia. Z tą niecodzienną inicjatywą wyszły mała rodzinna firma Czyste Dziecko prowadzona przez toruńską projektantkę Adriannę Złoch oraz Fundacja z Pompą – Pomóż Dzieciom z Białaczką, która już od kilku lat wspiera uniwersytecki Oddział Hematologii Dziecięcej, jego małych podopiecznych i ich rodziny. Za sprawą Fundacji w UCK regularnie odbywają się warsztaty plastyczne, muzyczne i kulinarne. Moda pojawiła się tu po raz pierwszy. – Tak naprawdę to wszystko zaczęło się od niespełna 4-letniej Milenki. Córka przyjaciółki pani Adrianny Złoch leczy się obecnie na naszym Oddziale Hematologii. Milenka dostała od cioci Ady przepiękną sukienkę. Zaczęła paradować w niej po oddziale, wywołując tym ogólny zachwyt. Mama Milenki zaproponowała, że można by zrobić dla dzieciaków pokaz mody. Trafiła z tym pomysłem do pielęgniarki oddziałowej, pani Ewy, która jest szefową Rady Fundacji z Pompą. Przygotowaliśmy więc wszystko wspólnie. Najważniejsze, że pani Ada się zgodziła – opowiada nam Marta Czyż-Taraszkiewicz, prezes Fundacji Pompą – Pomóż Dzieciom z Białaczką. Pokaz mody był dzisiaj gwoździem programu, na który złożyły się ponadto warsztaty projektowania i szycia oraz profesjonalna sesja fotograficzna w stylizacjach prezentowanych na wybiegu. Kilkuletnich modeli i modelki portretował Jakub Grabowski, fotografik na co dzień współpracujący z Adrianną Złoch. – Do zdjęć pozowały zarówno dzieci przebywające obecnie na oddziale, jak i te, które już wyszły z choroby. Wszystkie fantastycznie się bawiły. Banany na ich buźkach to dla nas najlepsza nagroda za to wszystko, co robimy – dodaje Marta Czyż-Taraszkiewicz, zapowiadając, że namawia już panią Adriannę na ponowne takie wydarzenie. Ale po kolei... To dzisiejsze jeszcze się nie skończyło. Na początku grudnia w UCK odbędzie się wystawa wykonanych w sobotę portretów i stylizacji połączona z licytacją na rzecz Fundacji z Pompą – Pomóż Dzieciom z Białaczką. Pieniądze zostaną przeznaczone na zakup elektrycznie sterowanych łóżek dla małych pacjentów. 9.11.2019 / fot. Anna Rezulak / KFP
18 lat temu zaczęliśmy jeździć w Gdańsku po moście wantowym im. Jana Pawła II na Martwej Wiśle. Rocznica otwarcia przeprawy łączącej Wyspę Portową z drogą krajową numer 7 Gdańsk – Warszawa mija w tę sobotę. „Największy w kraju most podwieszany otwarty” – donosiły media 9 listopada 2001 roku. Ściślej rzecz ujmując, przez 10 lat – do czasu uruchomienia Mostu Rędzińskiego nad Odrą we Wrocławiu – gdański kolos był największym w Polsce mostem podwieszonym na jednym pylonie. – Ta inwestycja to ponownie zwrócenie się Polski w kierunku morza. Jest to chyba jeden z pierwszych obiektów, który ma tak duże znaczenie dla aktywizacji terenów portowych – podkreślał podczas uroczystości otwarcia mostu im. Jana Pawła II wicepremier i minister infrastruktury Marek Pol. W wydarzeniu udział wzięli m.in. wojewoda pomorski Jan Ryszard Kurylczyk, marszałek województwa Jan Zarębski, prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, metropolita gdański arcybiskup Tadeusz Gocłowski oraz liczni przedstawiciele Zarządu Morskiego Portu Gdańsk z prezesem Marianem Świtkiem na czele. Ten dzień był ukoronowaniem wieloletniego wysiłku portowców na rzecz zwiększenia dostępności terenów portowo-przemysłowych położonych na wschód od Martwej Wisły dla wielkotowarowego ruchu drogowego obejmującego m.in. Port Północny, Basen Górniczy, Półwysep Westerplatte i Przeróbkę. Budowa przeprawy trwała dwa lata. Nowatorska w skali kraju inwestycja kosztowała ponad 150 mln zł (niemal połowa środków pochodziła z kredytu Banku Światowego). Konstrukcja ze 100-metrowym pylonem była pierwszym w kraju mostem wantowym zaprojektowanym wyłącznie przez polskich projektantów. Nad projektem pracowali Krzysztof Wąchalski i Jan Tadeusz Kosiedowski z zespołem z gdańskiego Biura Projektów Budownictwa Komunalnego. Co ciekawe, powstały wówczas aż cztery projekty: dwa klasyczne z podporami w rzece i dwa warianty mostu wantowego. – Kiedy przedstawiliśmy propozycję budowy mostu podwieszonego, urzędnicy z Warszawy przyjęli ją entuzjastycznie, ale prosili, żeby pokazać też coś realnego. Okazało się jednak, że budowa tradycyjnego mostu wymaga szczególnych nakładów, ponieważ Martwa Wisła jest akwenem morskim. Taki most musiałby być wyższy i szerszy, a podpory w rzece bardzo mocne, tak aby wytrzymały uderzenie jednostek pływających ważących trzy tysiące ton. To podniosło koszt budowy zwykłego mostu tak, że zrównał się z ceną mostu wantowego – opowiadał Krzysztof Wąchalski w 2001 roku na łamach „Gazety Wyborczej”, przyznając, że wybór mostu wantowego był w tamtych czasach bardzo odważną decyzją. Nawet nadzorujący budowę inspektorzy z Wielkiej Brytanii byli zaskoczeni, że w Polsce realizuje się tak skomplikowane przedsięwzięcia. Przeprawa na Martwej Wiśle jako jedyna w Polsce wznoszona była metodą wspornikową, bez tymczasowych podpór w wodzie. Kolejne elementy mostu podnoszono z pływających po rzece barek i podwieszano na wantach. Wszystkie ważą około 26 tys. ton. Całkowita długość mostu to ponad 380 m (przy szerokości pomostu 21 m). Konstrukcja składa się z trzech przęseł. Rozpiętość przęsła nad nurtem rzeki wynosi 230 m. Most powinien służyć nam bezawaryjnie ponad 100 lat. 8.11.2019 / fot. KFP
„Solidarność: od godności człowieka do ponadnarodowej współpracy” to tytuł konferencji naukowej odbywającej się w ten weekend w historycznej Sali BHP Stoczni Gdańskiej. Organizatorami debaty są władze związkowe oraz Międzynarodowe Centrum Badań nad Fenomenem Solidarności – jednostka naukowa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. W gronie gości honorowych znaleźli się m.in. metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź, metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski oraz metropolita wrocławski abp Józef Kupny. Jeszcze kilka dni temu konferencja zapowiadana była przez władze NSZZ „S” jako spotkanie otwarte dla mediów. W czwartek okazało się, że nie dla wszystkich. W Sali BHP nie ma przedstawicieli „Gazety Wyborczej” i telewizji TVN. – „Solidarność" najpierw nas zaprosiła, a potem... wyprosiła, choć konferencja organizowana jest za publiczne pieniądze – pisze „Gazeta Wyborcza Trójmiasto”. Wczoraj obie redakcje otrzymały maila od rzecznika „S” Marka Lewandowskiego, który informuje dziennikarzy, że zgodnie z decyzją organizatorów nie otrzymali oni akredytacji uprawniających do udziału w konferencji. – Próbowaliśmy skontaktować się z rzecznikiem Lewandowskim, żeby wyjaśnić, o co chodzi, ale nie odebrał telefonu. To dziwne, bo trzy dni temu rzecznik przysłał nam maila zapraszającego na konferencję. Zapewniał w nim, że konferencja jest otwarta dla mediów i że związek zapewni dziennikarzom dźwięk oraz miejsce do pracy – relacjonuje trójmiejska mutacja „Gazety Wyborczej”. Przed rokiem dziennikarze „GW” i Radia TOK FM nie otrzymali akredytacji na krajowy zjazd delegatów NSZZ „S’”. – Mamy prawo zapraszać, kogo chcemy, i nie musimy się z tego tłumaczyć. Tak jak nie musimy tłumaczyć się z tego, jakich gości zapraszamy – wyjaśniał wówczas rzecznik prasowy związku zawodowego. 8.11.2019 / fot. Wojciech Stróżyk / Reporter / KFP
Kilkudziesięciu prezydentów i przedstawicieli polskich samorządów, podczas uroczystego otwarcia kongresu Smart Metropolia 2019 w Gdańsku zawiązało koalicję klimatyczną. Podpisując Deklarację Współpracy Klimatycznej Polskich Miast i Gmin, włodarze miast chcą lobbować na rzecz zminimalizowania skutków kryzysu klimatycznego i wpłynąć w ten sposób na rząd, aby ten przyłożył się do ograniczenia emisji dwutlenku węgla i paliw kopalnych.
– To wielki zaszczyt dla mnie być dzisiaj z wami tu, na Uniwersytecie Gdańskim. Jest to tym większy przywilej, że otrzymuję doktorat honoris causa na uniwersytecie cieszącym się tak wielką renomą w Polsce, Europie i na świecie. W imieniu ruchu olimpijskiego z ogromną wdzięcznością i z szacunkiem przyjmuję to wyróżnienie od waszego prestiżowej uczelni – powiedział dr Thomas Bach, prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, w czasie uroczystości nadania mu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Gdańskiego. Bach jest utytułowanym sportowcem, byłym mistrzem olimpijskim, światowej sławy promotorem sportu i wybitnym prawnikiem. Zasłynął z zaangażowania w działania na rzecz sportu wyczynowego, propagowanie etyki rywalizacji sportowej (szczególnie walki z dopingiem) oraz działania na rzecz równego traktowania sportowców z całego świata. Od 2013 roku pełni funkcję prezydenta Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Senat Uniwersytetu Gdańskiego nadał mu najwyższe akademickie wyróżnienie za wkład w rozwój międzynarodowego ruchu olimpijskiego oraz działanie na rzecz praw człowieka i pokoju na świecie. Uroczystość nadania tytułu doktora honoris odbyła się dziś przed południem w Dworze Artusa. W nadzwyczajnym posiedzeniu Senatu UG udział wzięli pomorscy parlamentarzyści, przedstawiciele władz państwowych i samorządowych, przedstawiciele MKOl, sportowcy i społeczność akademicka UG. Gośćmi Uniwersytetu Gdańskiego byli m.in. wicemarszałek Senatu RP Bogdan Borusewicz, dyrektor generalny Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego Anna Budzanowska oraz prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki. Na sali byli również obecni recenzenci przewodu doktorskiego doktora honoris causa – ks. prof. dr hab. inż. Stanisław Dziekoński z Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, prof. dr hab. Józef Lipiec z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz prof. dr hab. Marek Rocki ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Nie ma wątpliwości, że od czasu objęcia przez dr. Thomasa Bacha stanowiska prezydenta MKOl ruch olimpijski przeszedł gwałtowną, ozdrowieńczą przemianę, dzięki czemu na nowo wybrzmiały fundamentalne reguły sportu w zakresie nie tylko doskonałości i uczciwości sportowej, ale także równości szans zawodniczych czy wzajemnego szacunku i solidarności – podkreślał prowadzący uroczystość prof. dr hab. Piotr Stepnowski, prorektor UG ds. nauki. Laudację wygłosił prof. dr hab. Andrzej Gąsiorowski, dyrektor Instytutu Politologii. – Walory osobiste dr. Bacha wskazują na jego nieprzeciętną wszechstronność, wielorakie kompetencje i formy zaangażowania, szczególnie na jedność, trwałość i tożsamość postawy etycznej oraz mocnego charakteru. Mistrz olimpijski, a jednocześnie wybitny prawnik i menedżer oraz niepospolity kreator i działacz światowego ruchu olimpijskiego – wszystkie te formy aktywności wskazują na nieprzypadkowy zestaw cnót – podkreślił profesor Gąsiorowski w swoim wystąpieniu. – Dla rodziny olimpijskiej to wielki zaszczyt, że Uniwersytet Gdański pozwolił uhonorować najwybitniejszego sternika światowego olimpizmu. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tej pięknej uroczystości – zaznaczył prezes PKOl Andrzej Kraśnicki, kierując szczególne słowa podziękowania do rektora UG prof. Jerzego Piotra Gwizdały oraz prorektora Piotra Stepnowskiego. O oprawę muzyczną uroczystości zadbały Akademicki Chór Uniwersytetu Gdańskiego pod dyrekcją prof. Marcina Tomczaka oraz kwartet smyczkowy Golden Gate String Quartet. Na zakończenie zabrzmiał utwór, którego nie mogło w tym dniu zabraknąć – „We are the Champions”. 6.11.2019 / fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Sfatygowane dachówki pamiętające początek lat 60. ubiegłego stulecia zniknęły z dachu Wielkiego Młyna w marcu tego roku. Na nową szatę zewnętrzną zabytek szykowany na przyjęcie Muzeum Bursztynu (za niespełna dwa lata) czekał kilka miesięcy. Właśnie zaczął się stroić w iście południowym stylu. Wczoraj dotarła do nas z Włoch pierwsza partia zamówionych przez Muzeum Gdańska (i zaakceptowanych przez konserwatora) dachówek typu mnich-miszka. Dwuelementowe protoplastki niderlandzkich esówek utworzą faliste, szczelne pokrycie, zapewniające dobrą wentylację oraz ochronę przed upałami, nadając jednocześnie bryle budynku elegancki, podniosły wygląd. Jak prezentują się mniszki, układane jak pierwsze, możemy zobaczyć już na dolnej części połaci dachowych. Montaż „żeńskich" i „męskich" elementów ceramicznych zakończy się około 20 listopada. – Żartobliwie można powiedzieć: od średniowiecza jest tak, że to mnich kryje mniszkę. I tego się nigdy nie zmieni – mówi nam Andrzej Gierszewski, rzecznik prasowy Muzeum Gdańska. Pokrycie z dachówek mnich-mniszka ma bardzo wyraziste linie pionowe linie, które tworzą leżące na przemian kanały i wzniesienia. Oba rodzaje mają kształt wycinka stożka. Mniszka, układana na spodzie, jest szersza w główce i zwęża się ku stopce. Dachówki tego rodzaju tworzą łódkowate zagłębienia, którymi woda spływa z dachu. Mnich nakrywający mniszkę ma odwrotne proporcje. Układa się go w taki sposób, żeby przykrywał styki mniszek i dociskał je do połaci, tworząc Tworzy wysoki fragment fali. 5.10.2019 / fot. Maciej Kosycarz / KFP

Rozbierają dach Wielkiego Młyna
  • aktualnych propozycji: 12489
Wszystkie zdjęcia Agencji Kosycarz Foto Press/KFP są chronione prawem autorskim. Publikacja i kopiowanie bez zgody Agencji zabronione. Copyright © 2000-2019 KFP